Jeszcze raz porozmawiajmy o Zielonym Ładzie. O projekcie, który w założeniu miał ratować klimat, a w praktyce coraz częściej zaczyna przypominać wielki eksperyment gospodarczy prowadzony na całym kontynencie.
Przez lata powtarzano Europejczykom jedną mantrę: że to konieczność, że nie ma alternatywy, że każdy sprzeciw oznacza brak odpowiedzialności za przyszłość planety. W Brukseli powstawały kolejne pakiety regulacji, kolejne opłaty i kolejne plany przebudowy energetyki.
Aż w końcu pojawiło się zderzenie z rzeczywistością. W czerwcu 2025 roku Trybunał Konstytucyjny przypomniał coś, co w europejskiej debacie coraz częściej bywa traktowane jak niewygodna prawda.
Unia Europejska nie jest państwem.
Nie jest federacją na wzór Stanów Zjednoczonych.
Jest wspólnotą suwerennych państw, które przekazały Brukseli tylko część swoich kompetencji. I nic więcej. Suwerenność nie została oddana raz na zawsze. Ona nadal należy do państw narodowych.
Dlatego decyzje, które w praktyce przebudowują całą energetykę kraju, zamykają kopalnie, zmieniają strukturę przemysłu i wpływają na ceny energii dla milionów ludzi, nie mogą być narzucane administracyjnie przez instytucje ponadnarodowe. To są decyzje o charakterze strategicznym, które dotyczą fundamentów państwa.
Energetyka to nie jest ideologiczny projekt. To kręgosłup gospodarki i bezpieczeństwa.
I właśnie tu zaczyna się problem Zielonego Ładu. Coraz częściej wygląda on nie jak racjonalna polityka klimatyczna, lecz jak wielka ideologiczna wizja przebudowy gospodarki. Wizja, która zakłada, że wystarczy uchwalić kolejne regulacje, a rzeczywistość sama się do nich dostosuje.
Historia zna już takie momenty.
Kiedy w XX wieku wprowadzano komunizm i marksistowskie eksperymenty gospodarcze, również mówiono o postępie i nowoczesności. Tworzono wielkie projekty społeczne, które miały zmienić człowieka i gospodarkę. Powstawały kolektywizacje, państwowe gospodarstwa rolne (PGR). Wszystko miało być racjonalne, naukowe i nowoczesne.
W praktyce często kończyło się to absurdami, gigantycznymi kosztami i gospodarką, która przestawała działać normalnie .
Nie chodzi o to, by porównywać wprost dzisiejszą Europę do tamtych systemów. Chodzi o mechanizm myślenia. O przekonanie, że wielką ideę można narzucić społeczeństwom administracyjnie i że rachunek ekonomiczny nie ma większego znaczenia.
Tymczasem rachunek zawsze przychodzi i zawsze ma znaczenie.
Przychodzi w cenach energii, w kosztach produkcji, w konkurencyjności przemysłu. I wtedy nagle okazuje się, że gospodarka nie działa według politycznych deklaracji.
Dlatego wyrok Trybunału był czymś więcej niż tylko sporem prawnym. Był przypomnieniem elementarnej zasady: integracja europejska ma swoje granice. A jedną z nich jest suwerenność państw.
Bo Unia to nie federacja.
To wspólnota państw, które współpracują. I które nie po to odzyskiwały swoją niezależność, żeby teraz oddać decyzje o własnej gospodarce w ręce ideologicznych projektów i niekompetentnych ludzi.I jeszcze jedno.Często zarzuca się premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, że to on „podpisał Zielony Ład”. To po prostu nie jest prawda.To typowa manipulacja.
Projekt European Green Deal został przedstawiony przez KE, a jego poszczególne elementy były później przyjmowane przez instytucje UE, w tym Parlament Europejski i rządy państw członkowskich.
Co więcej, w grudniu 2019 roku Polska reprezentowana przez Morawieckiego jako jedyny kraj UE nie zgodziła się wtedy na natychmiastowe przyjęcie celu neutralności klimatycznej do 2050 roku, pozostawiając sobie czas na negocjacje.
Dlatego twierdzenie, że jeden polski premier „podpisał Zielony Ład”, jest uproszczeniem, które nie oddaje tego, jak naprawdę podejmowane były decyzje w Unii.