Kiedyś uwierzyliśmy, że politykę można budować inaczej. To był rok 2015.
Właśnie wtedy zaangażowałem się w ruch Kukiz’15. Byłem jego reprezentantem na Dolnym Śląsku, w okręgach wrocławskim, wałbrzyskim i jeleniogórskim. Razem z wieloma ludźmi tworzyliśmy struktury, układaliśmy listy kandydatów, organizowaliśmy działania związane z referendum. Przez nasze spotkania przewinęły się tysiące osób. Była energia, entuzjazm i przekonanie, że można wreszcie skruszyć polityczny beton.
Dzisiaj, z perspektywy lat, wraca do mnie jedna myśl. Z tamtego środowiska zostało niewiele. Wielu poszło własnymi drogami, inni przyłączyli się do istniejących partii. Nie żyje Janusz Sanocki. Nie żyje Kornel Morawiecki. Pozostały wspomnienia i pytanie, od którego nie potrafię uciec: czy nie zmarnowaliśmy jednej z największych szans w najnowszej historii polskiej polityki?
Rok 2015 był momentem wyjątkowym. Kukiz’15 zdobył 1 339 094 głosów, niemal 9 procent poparcia, i wprowadził do Sejmu 42 posłów, stając się trzecią siłą polityczną w kraju. Jednak same liczby nie oddają atmosfery tamtych dni. W powietrzu było czuć zmęczenie Polaków skostniałym systemem, zamkniętymi układami i niekończącą się wojną tych samych środowisk politycznych.
Tamte wybory przyniosły również symboliczny przełom. Po raz pierwszy od 1989 roku ugrupowania wywodzące się z dawnego środowiska SLD nie znalazły się w Sejmie. Zjednoczona Lewica uzyskała 7,55 procent głosów, ale jako koalicja potrzebowała 8 procent. Nie weszła także Partia Razem. Dla wielu był to znak, że kończy się pewien polityczny porządek. W moim przekonaniu właśnie wtedy ostatecznie zaczęły gasnąć wpływy ludzi wywodzących się z poprzedniego systemu.
Polska oddychała wtedy inaczej. Ludzie uwierzyli, że obywatel może znaczyć więcej niż partyjny szyld. Rodziło się poczucie sprawczości. A to jest jedna z najsilniejszych emocji w psychologii społecznej. Człowiek, który odzyskuje wiarę, że jego głos ma znaczenie, potrafi zrobić rzeczy niezwykłe. Problem polega na tym, że emocje są doskonałym paliwem do rozpoczęcia zmiany, ale bardzo słabym fundamentem do jej utrzymania.
Dlaczego więc się nie udało?
Dzisiaj odpowiedź wydaje mi się prostsza niż wtedy.
Kukiz’15 nie był klasyczną partią. Był ruchem obywatelskim, który zgromadził ludzi z bardzo różnych środowisk. Byli przedsiębiorcy, społecznicy, samorządowcy, rolnicy, studenci, naukowcy i osoby, które wcześniej nigdy nie angażowały się w politykę. Łączyło nas pragnienie naprawy państwa, postulaty takie jak jednomandatowe okręgi wyborcze czy większy wpływ obywateli na władzę. W tym miejscu warto przypomnieć, że pierwszym wielkim orędownikiem JOW w Polsce był śp. prof. Jerzy Przystawa. To on przez lata budował intelektualne fundamenty tej idei.
Poza tym różniliśmy się niemal we wszystkim.
I właśnie w tym tkwił paradoks. Różnorodność była naszą największą siłą, ale z czasem stała się także największą słabością. Nie brakowało autentyczności, odwagi ani ludzi gotowych poświęcać swój czas dla Polski. Zabrakło czegoś znacznie trudniejszego: trwałych struktur, cierpliwości, organizacyjnej dyscypliny i umiejętności budowania wspólnoty mimo różnic.
Psychologia polityczna od dawna pokazuje, że ludzie jednoczą się najłatwiej przeciwko czemuś. Znacznie trudniej zbudować trwałą jedność wokół wspólnego celu, gdy pojawiają się pierwsze sukcesy, ambicje i pokusy. Wtedy zaczynają działać mechanizmy rywalizacji, potrzeba uznania i osobiste aspiracje. To nie zła wola rozbija ruchy obywatelskie. Najczęściej rozbija je zwykła ludzka natura.
Kukiz’15 nie przegrał dlatego, że zabrakło ludzi z sercem do Polski. Przegrał dlatego, że ogromny społeczny zryw nie został przekuty w trwałą organizację. Historia uczy, że nawet największa energia społeczna gaśnie, jeśli nie powstaną instytucje zdolne ją utrzymać. Rewolucje wygrywa entuzjazm. Państwa buduje cierpliwość.
Potencjał został zmarnowany nie dlatego, że zabrakło uczciwych ludzi. Wielu z nich miałem zaszczyt poznać osobiście. Zabrakło zdolności, by tę niezwykłą energię ochronić przed ludzkimi słabościami i polityczną codziennością.
Dzisiaj wiele środowisk, które wówczas wydawały się odchodzić do historii, ponownie odgrywa ważną rolę w życiu publicznym. Tusk upiorom komunizmu dał drugie życie i wyciągnął z politycznego śmietnika. Polityka nie znosi próżni. Gdy jedna siła nie potrafi zagospodarować społecznej nadziei, wcześniej czy później robi to ktoś inny. Teraz Konfederacja, Braun…
Historia niezwykle rzadko daje drugą szansę. Rok 2015 był właśnie taką szansą. Dlatego tak często do niego wracam. Nie z nostalgii, bo przeszłości nie da się odzyskać. Wracam do niego dlatego, że wierzę, iż kiedyś w Polsce znów obudzi się podobna obywatelska energia. Jeśli jednak tak się stanie, nie będzie już miejsca na te same błędy. Sam entuzjazm nie wystarczy. Potrzebne są jeszcze charakter, odpowiedzialność i ludzie, którzy potrafią myśleć o sprawie dłużej niż do następnych wyborów.
Czy dziś widzę narodziny podobnego ruchu? Nie. Jeszcze nie. Ale wiem jedno. W narodach, tak jak w ludziach, nadzieja nigdy nie umiera całkowicie. Czasem tylko bardzo długo czeka na tych, którzy potrafią unieść jej ciężar.
Zostaw komentarz