Tarczyński ma dobry angielski, ale jest chamowaty. Jak znam tzw. kulturę polityczną Brukseli (a pracowałem tam kiedyś w korporacji), to poza krótkimi przemówieniami, gdzie będzie mógł powyklinać na czym świat stoi – kariery nie zrobi.

Praca w instytucjach europejskich, to przede wszytkim kuluary, zakulisowe rozmowy, zdolność do dotarcia do określonych kręgów urzędniczych i eksperckich. Jednym słowem – lobbying, lobbying i jeszcze raz lobbying. Tak ten werk tam działa. Partia może mieć w swojej reprezentacji kilku „pistoleros”, ale szef reprezentacji musi mieć zdolność docierania do różnych środowisk – musi być przez nie przynajmniej tolerowany. Nie umiem powiedzieć na ile prof. Legutko był sprawnym organizatorem, ale obawiam się, że Dominik Tarczyński nie spełnia podstawowego, omówionego wyżej warunku.

Martwi też sposób rozstania się z zasłużonym politykiem, który – co by nie mówić – wielokrotnie był i twarzą i intelektualnym zapleczem PiS. Musiało być naprawdę grubo, skoro w geście solidarności zrezygnował też poseł Poręba – jeden z najlepszych w europejskiej drużynie polskiej prawicy. Chyba idzie na zatracenie… kiedy sondaże pokazują, że prawica gwałtownie zyskuje na poparciu w Europie, wiele wskazuje na to, że reprezentacja polskiej prawicy będzie w nowym Europarlamencie mniejsza niż w obecnym.

Czytaj więcej.