Listopad ma w sobie coś z nagłego hamowania. Jeszcze przed chwilą biegliśmy przez jesień, udając, że lato trwa w najlepsze, aż tu nagle nadchodzą pierwsze dwa dni miesiąca. Czas, w którym cała Polska jakby zwalnia, wyciąga z szaf cieplejsze kurtki i rusza w tę coroczną, wielką wędrówkę na cmentarze. Jedni jadą kilka ulic dalej, inni przemierzają setki kilometrów, żeby stanąć przez chwilę nad grobami tych, których kiedyś mieli obok siebie.
To piękna tradycja, w której dawne obyczaje pamięci o zmarłych splatają się z chrześcijańskim przeżywaniem Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Zmieniały się czasy, zwyczaje i ludzie, ale pozostała potrzeba zatrzymania się przy tych, którzy odeszli. I chyba nie chodzi tu wyłącznie o pamięć rozumianą jako obowiązek. Przynajmniej nie dla tych, którzy przychodzą na cmentarz z potrzeby serca, a nie dlatego, że tak wypada.
Idziemy więc cmentarnymi alejkami, zatrzymujemy się nad grobami bliskich i znajomych, wpatrujemy w płomienie zamknięte w kolorowym szkle. Przyszliśmy ich powspominać, może w myślach z nimi porozmawiać, a czasem po prostu przez chwilę pomilczeć. I kiedy tak stoimy, okazuje się, że odwiedzamy nie tylko tych, których już nie ma, ale również samych siebie sprzed lat. Bo przecież pod tymi nagrobkami spoczywają ludzie, z którymi piliśmy herbatę, spieraliśmy się o głupoty, śmialiśmy z rzeczy dziś już zupełnie nieważnych albo zwyczajnie siedzieliśmy razem na ganku, nie czując potrzeby, żeby cokolwiek mówić.
Z biegiem lat takich spotkań przybywa. Kiedy byliśmy dziećmi, rodzice i dziadkowie prowadzili nas na groby ludzi, których znaliśmy jedynie z rodzinnych opowieści albo pożółkłych fotografii. Dzisiaj coraz częściej zatrzymujemy się przed nazwiskami, za którymi stoją nasze własne wspomnienia. Pamiętamy twarze, głosy, sposób chodzenia, charakterystyczne powiedzonka, a czasem nawet drobne przywary, które kiedyś nas irytowały, a teraz wspominamy z jakąś dziwną czułością.
Pamiętam, że jako chłopak, po szkole, chodziłem z chłopakami po cmentarzu trochę z ciekawości, trochę może z nudy. Widziałem, jak starsi zatrzymywali się przy kolejnych grobach, wspominali ludzi, których nigdy nie poznałem, a mnie wydawało się, że opowiadają o świecie dawno zamkniętym i już nieważnym. Dopiero po latach zrozumiałem, że przyjdzie dzień, kiedy sam będę opowiadał młodszym historie ludzi zapisanych dziś na kamiennych tablicach.
I nagle okazuje się, że cmentarna alejka prowadzi nas nie tylko pomiędzy grobami, ale również przez kolejne rozdziały naszego życia.
Przy grobach pradziadków zatrzymuję się zawsze o chwilę dłużej. Nie dlatego, że pamiętam ich lepiej. Wprost przeciwnie. Zatrzymują mnie dwie daty: 1864, 1865. Czytam je i przez moment trudno mi uwierzyć, że to daty urodzenia ludzi, z których jestem. To już nie jest wspomnienie, to jest próba wyobrażenia sobie czyjegoś życia od początku do końca, życia, które zaczęło się tak dawno, że trudno je objąć pamięcią.
A jeszcze dalej są tacy, których grobów już nigdy nie znajdę. Mam ich tylko w księgach parafialnych z lat dziewięćdziesiątych XVIII wieku. Wyblakły atrament, nazwiska pisane koślawym pismem. Wiem, że to pradziadkowie mojego pradziadka. Nie wiem, gdzie leżą, na którym zapomnianym cmentarzu, pod którą miedzą. Nie ma po nich kamienia, nie ma tablicy. A jednak są. Bez nich nie byłoby ani tej alejki, którą dziś idę, ani mnie, który się nad nią zatrzymuje.
Śmierć zabiera człowieka z naszego codziennego świata, ale nie zawsze potrafi zerwać wszystko, co nas z nim łączyło. Pozostają wspomnienia, przyzwyczajenia, gesty, których być może nauczyliśmy się od niego, nawet o tym nie wiedząc. Niekiedy łapiemy się na tym, że powtarzamy czyjeś słowa albo w jakiejś sytuacji zastanawiamy się, co powiedziałby ojciec, matka, dawny przyjaciel. Nie usłyszymy już odpowiedzi, ale przecież sam fakt, że wciąż o nią pytamy, coś znaczy. Dopóki pamiętamy, dopóty ci ludzie nie stają się nam obojętni. Nadal mają swoje miejsce w naszym życiu, choć już nie mogą w nim uczestniczyć tak jak dawniej.
Jest w listopadowym cmentarzu coś, co pozwala te sprawy dostrzec wyraźniej. Zimny wiatr ścina uszy, pod nogami szeleszczą mokre liście, w powietrzu unosi się zapach parafiny, a pomiędzy drzewami migoczą tysiące niewielkich płomieni. W tym osobliwym półmroku codzienne troski, spory i ambicje zaczynają wyglądać trochę inaczej. Sprawy, które jeszcze wczoraj wydawały się najważniejsze na świecie, tracą nagle swoją doniosłość.
Człowiek staje wtedy wśród tych wszystkich światełek i mimowolnie robi sobie rachunek sumienia, choć niekoniecznie wedle książeczki do nabożeństwa. Bardziej taki zwyczajny, ludzki. Z kim niepotrzebnie się pokłócił. Do kogo nie zadzwonił. Komu nie znalazł kilku minut, choć wydawało się, że czasu będzie jeszcze pod dostatkiem. Przypomina sobie, ile razy tracił nerwy na rzeczy gówno warte, ile czasu poświęcił na udowadnianie swoich racji i jak często zabrakło mu chwili dla kogoś, kto być może właśnie tej chwili najbardziej potrzebował.
A przecież stojąc nad grobem bliskiego człowieka, trudno nie pomyśleć również o sobie. Nie dlatego, że listopadowy wieczór powinien napawać nas lękiem przed śmiercią. Raczej dlatego, że przypomina o czymś, co na co dzień tak łatwo odsuwamy od siebie. My także kiedyś odejdziemy. Ktoś inny stanie w miejscu, w którym dziś stoimy my, być może przypomni sobie naszą twarz, jakieś wspólne zdarzenie albo słowa wypowiedziane przed laty. Może się uśmiechnie, może wzruszy ramionami, a może poczuje żal z powodu czegoś, czego nie zdążyliśmy sobie nawzajem wyjaśnić.
I wtedy pojawia się pytanie nie tyle o to, co ludzie powiedzą o nas po śmierci, ile o to, co pozostawimy w nich za życia. Po wielu latach człowiek zaczyna rozumieć, że pamięć o nim nie będzie składała się z jego osiągnięć, stanowisk ani nawet z tego, ile miał racji w różnych sporach. Zostaną raczej drobiazgi: czy potrafił wysłuchać, pomóc, rozśmieszyć albo po prostu być wtedy, gdy był potrzebny. Ale pozostaną też, być może, krzywdy, zaniechania i urazy, które potrafią ciążyć człowiekowi przez długie lata. Nie zawsze możemy naprawić wszystko, co zepsuliśmy, ani cofnąć słowa, które padły niepotrzebnie. Dopóki jednak żyjemy, możemy przynajmniej próbować nie dokładać kolejnych ciężarów.
Nie potrzeba do tego wielkich filozoficznych rozważań ani uroczystych deklaracji. Wystarczy czasem zwyczajna ludzka przyzwoitość, odrobina empatii i świadomość, że człowiek, którego mijamy każdego dnia, również ma swoje troski, wspomnienia i sprawy, o których nie wiemy. Może dlatego listopadowe spotkania ze zmarłymi są tak szczególne. Przypominają nam o wartości więzi, które kiedyś wydawały się czymś oczywistym, a których znaczenie potrafimy w pełni zrozumieć dopiero wtedy, kiedy zostają po nich wspomnienia.
Starożytne memento mori – pamiętaj o śmierci – bywa rozumiane jako ponure ostrzeżenie o nieuchronnym końcu. A przecież można w tych słowach usłyszeć również spokojne przypomnienie o życiu. O tym, że nie mamy go na zawsze, że nie wszystko da się odłożyć na później i że warto od czasu do czasu zastanowić się, z czym przyjdzie nam kiedyś odejść, a co pozostanie po nas w pamięci tych, których spotkaliśmy na swojej drodze.
Może więc właśnie dlatego wracamy co roku na te same cmentarne alejki. Nie tylko po to, żeby wspominać tych, którzy odeszli, ale również po to, żeby przez chwilę pobyć z nimi w świecie, który kiedyś wspólnie tworzyliśmy. I żeby wychodząc spomiędzy rozświetlonych zniczami grobów, zabrać ze sobą nie tyle smutek przemijania, ile świadomość, że nasza własna droga jeszcze trwa.
A skoro trwa, to może warto przejść ją tak, aby kiedyś ktoś zatrzymał się nad naszym grobem nie dlatego, że wypada, lecz dlatego, że naprawdę będzie miał co wspominać.
Zbigniew Grzyb
Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz