Geniusz czy szaleństwo? Myślę, że obie te rzeczy. A może wiara i technologia? Też.

Ale nie mam na myśli duchowości, a raczej wiarę w swoje umiejętności i technologiczną doskonałość.
Choć jestem pewien, że gdy 39 lat temu, dwójka niezwykle odważnych ludzi podjęła się prawdziwie szaleńczego wyzwania, to w jego trakcie nie raz spoglądali w niebiosa.
Dwoje niezwykłych, genialnych i bez mała „szalonych”, którzy pewni (ufni) technologicznym rozwiązaniom, dokonali niemożliwego…

To co pcha naszą cywilizację do przodu to nasza pasja do nieustannego odkrywania.
Ludzka chęć do przesuwania granic.
Dalej, wyżej, szybciej.
To dzięki nim człowiek potrafi dokonać, rzeczy które dosłownie są niemożliwe.
I chyba dlatego tak bardzo lubię motto Star Treka…
„Space, the final Frontier”.
I w pewien sposób powiązane z nim hasło reklamowe, które na swojej odzieży umieszcza North Face…
„Never Stop Exploring”.

Te dwa motta, mieli wdrukowane w swoje DNA dwaj bracia.
W 1980 roku w głowie młodszego z nich zrodził się pewien pomysł.
Powoli nabierał kształtów.
Pewnego dnia panowie siedzieli przy kawie.
Wtedy młodszy z braci naszkicował na serwetce kształt.

Samolot…

Tylko taki ciut inny.

Richard i Burt Rutan.
Richard (Dick) straszy z nich, doskonały pilot wojskowy.
Młodszy, Burt był prawdziwym lotniczym wizjonerem.
Konstruktor, futurysta, Geniusz.
Ten szkic na barowej serwetce był początkiem niezwykłego projektu, który został zwieńczony jednym z najbardziej pamiętnych wyczynów w historii.
By go zrealizować Burt Rutan założył firmę Scaled Composites.
Ta niesamowita firma ma w portfolio takie maszyny jak:
– X-38,
– orbitalną rakietę Pegasus odpalaną nie z Ziemi, a z lecącego samolotu,
– X-47, bezzałogowego drona wojskowego,
– pojazdy kosmiczne SpaceShip One i Two oraz dwukadłubowy samolot nosiciel ich obu – White Night.

I oczywiście samolot, którego pierwszą wizję Burt naszkicował na owej serwetce.

Burt był pionierem szerokiego stosowania kompozytów.
I to innowacyjne podejście zastosował w konstrukcji tego unikalnego samolotu.
Konstrukcja oparta została na kompozycie z włókien węglowych i strukturze plastra miodu.
Samolot miał 3 kadłuby i dwa płaty.
Konstrukcja była tak lekka, że kadłub samolotu ważył tylko 425 kg.
W praktyce cały samolot zbudowano bez użycia metalowych elementów.

Był budowany wyłącznie z prywatnych środków, bez jakiegokolwiek wsparcia rządowego.
Cały projekt był finansowany przez prywatnych darczyńców i firmy, które częściowo za free dostarczały potrzebne materiały i części.

We wszystkie działania zaangażowało się wielu wolontariuszy.
Ci pasjonaci, poświęcili swój prywatny czas, by zrealizować to ambitne marzenie.
Całość prac pochłonęła aż 22.000 roboczogodzin, które włożono w budowę.

Burt Rutan planował by projektowanie, produkcję elementów i montaż samolotu zamknąć w 18 miesięcy.
Budowa trwała cztery lata.
Samolot oblatano 22 czerwca 1984 roku.
Dopracowanie konstrukcji zajęło jeszcze blisko 2,5 roku
Całość prac trwała sześć lat.

Voyager.
Tak nazwano tę niezwykłą konstrukcję.

Rutan Voyager.

Cały gotowy, pusty samolot ważył raptem 1000 kilogramów, mimo, że miał prawie 34 metry rozpiętość skrzydeł.
Ale jego finalna masa startowa wynosiła aż 4397 kg.
Skąd aż taka różnica?
Paliwo.
Ponad 3 tony paliwa.
Po kiego czorta tyle paliwa?
Zależy dokąd chcesz polecieć…

Rutan Voyager był de facto latającym zbiornikiem paliwa.
A dokładnie 17-ma zbiornikami paliwa.
Paliwo było dosłownie w każdym zakamarku samolotu.

Jest grudzień 1986 roku.
Samolot znajduje się w bazie lotniczej Edwards amerykańskich sił powietrznych w Los Angeles.

Trwają ostatnie przygotowania i testy.
Do lotu.
Do jakiego lotu?
Jak to do jakiego?
Dookoła świata.
Bez lądowania i bez tankowania w locie.
Dobrze słyszycie.
Ziemia pod nami przez ponad 42 tysiące kilometrów non stop.
I tylko to paliwo, które jest na pokładzie.
To teraz jasne jest po co go tyle.

W maleńkiej kabinie (zobaczcie na zdjęciu), zasiądzie dwójka pilotów, w której będą spać, jeść i oczywiście pilotować maszynę.
Dick Rutan, straszy z braci.
Oraz Jeana Yeager – doświadczona pilot i inżynier lotniczy.
Aż do ostatniego dnia wprowadzane są ostatnie poprawki w samolocie.

Aż nastał ten dzień…

Jest niedziela 14 grudnia 1986 roku.
Voyager stoi na bardzo długim, wojskowym pasie startowym.
Z samego rana do bazy Edwards przybyła ekipa z National Aeronautic Association.
Dick i Jeana uśmiechają się do kamer i wchodzą, czy raczej wślizgują się do klaustrofobicznej kabiny.
Właz zostaje zablokowany.
Ludzie z NAA zaklejają i plombują właz i pokrywy wlewów paliwa specjalną taśmą ze swoimi podpisami.
Dowód, że nikt przy nich nie będzie kombinował.

Godzina 8:01.
Dick Rutan uruchamia oba silniki.

Samolot jest tak wyładowany paliwem, że jego skrzydła prawie, dotykają pasa startowego.
Wiszą 18 centymetrów nad płytą lotniska.
Jeden podmuch wiatru lub błąd i po zabawie.
Samolot rusza po pasie jeszcze wolniej niż lokomotywa Tuwima.

Obie końcówki skrzydeł podtrzymują biegnący przy samolocie mechanicy.
Po chwili samolot toczy się już szybciej niż jest w stanie biec człowiek.
Obaj mechanicy puszczają winglety na końcach skrzydeł.
Pomimo dużej doskonałości aerodynamicznej, nadal prędkość jest zbyt mała by siła nośna mogła choć trochę unieść końce skrzydeł…

Donośne bum.
I szszszszszszszsz.
Końcówki skrzydeł opadły, rąbnęły w ziemię i zaczęły o nią trzeć.
Zdeformowały się sworznie mocujące winglety i częściowo zdarło się poszycie.
Ale Burt Rutan zbudował samolot perfekcyjnie.
Zbiorniki całe, skrzydła się nie urwały.
Kilka sekundy później, gdy prędkość wzrosła, skrzydła delikatnie uniosły się ku górze.

Voyager mozolnie rozpędzał się po pasie i gdy widać już było jego koniec, po przebyciu 4.270 metrów rozbiegu, oderwał się od ziemi.
Burt Rutan obserwował z ziemi dwa migające punkty świateł pozycyjnych, które zniknęły nad kalifornijskim niebem.

Voyager skierował się w stronę Hawajów.
Szybko dogonił go inny samolot, który krążąc wokół niego ocenił stan skrzydeł.
Winglety nie wyglądały niestety najlepiej i rozważano opcję powrotu.
Dick stwierdził, że nie ma mowy.
Wykonał dwa uślizgi i dzięki oporowi powietrza oderwał oba winglety.
Samolot leciał dalej.

Silniki były dwa.
Ciągnący z przodu, pchający z tyłu.
Pełna moc była potrzebna była w zasadzie tylko podczas startu.
Gdy Voyager osiągnął pułap przelotowy, jeden silnik można było spokojnie wyłączyć.
A, że były w jednej osi, nie było asymetrii ciągu i samolot spokojnie sobie leciał dalej.

Dolecieli do Hawajów.
Podleciał do nich samolot na kolejną inspekcję, ale wszystko wyglądało OK.
Piloci skierowali się w stronę Australii.
W między czasie okazało się, że na ich trasie przy północno-zachodnim wybrzeżu Australii szaleje tajfun.
Skierowali się bardziej na północ i przelecieli trzeciego dnia lotu nad Filipinami omijając huragan.
Ale wiatr i tak wytrząsł ich i zdrowo poobijał.

I musieli mega uważać.
Zmienili trasę i nie mogli przelecieć nad Wietnamem, który nie był o locie powiadomiony.
A malezyjscy kontrolerzy myśleli, że ktoś sobie robi z nich jaja i Voyager przeleciał nad półwyspem bez uroczystej, zaplanowanej eskorty.
Jaki lot dookoła świata?
Powaliło was czy jak?

Minęli Sri Lankę.
18 grudnia mieli już na liczniku 20 tysięcy kilometrów.

W trakcie lotu piloci musieli nieustannie pompować paliwo z kolejnych zbiorników, aby utrzymać idealne wyważenie. Zmiana środka ciężkości o zaledwie kilka centymetrów mogła spowodować katastrofę. To było jak nieustanna, fizyczna walka o utrzymanie równowagi.
Dla Jeany i Dicka sam lot był dosłowną torturą.
Kabina wielkości małej łazienki nie miała w specyfikacji słowa „komfort”.
Jedno z nich pilotowało, drugie leżało siedząc, próbując zasnąć.
Cierpieli na klaustrofobię.
Bolało ich wszystko.
Huk w kabinie był tak potężny, że musieli porozumiewać się za pomocą … małej tabliczki do pisania.
W ciągu dnia temperatura potrafiła osiągnąć ponad 40 stopni Celsjusza, a w nocy spadała do zera.
Kluczowa była jak najniższa masa samolotu, dlatego nie miał większości, zbędnych systemów.

Dolecieli do wybrzeży Kenii i wlecieli do Afryki.
Uganda,
Kongo,
Kamerun,
I Atlantyk.

Zapaliła się kontrolka oleju.
Uporali się z problemem, ale u wybrzeży Brazyli Dick zemdlał z wycieńczenia i braku snu.
Jeana Yeager pilotowała przez ten krytyczny moment.

Kostaryka i Pacyfik.
Zostało ostanie kilka tysięcy kilometrów wzdłuż wybrzeża Meksyku.

Po 9 dniach, 3 minutach i 44 sekundach (tytułowe 12.964 minuty), Voyager wylądował w bazie Edwards 23 grudnia 1986, z której wystartował do rekordowego lotu.

W zbiornikach zostało im 50 litrów paliwa…

Wycieńczeni, obolali i szczęśliwi.

To nie był tylko rekord.
Tylko dowód, że technologia, determinacja i odwaga mogą wykraczać daleko poza granice, które sami sobie wyznaczamy jako ludzkość.
A największe wyzwania m dzieją się nie na zewnątrz, a w nas samych.

Rutan Voyager jest dziś pięknym eksponatem w Narodowym Muzeum Lotnictwa i Kosmonautyki Smithsonian w Waszyngtonie.
Ich wyczynu nie powtórzył nikt.
Burt Rutan, który zaprojektował Voyagera, kontynuuje karierę lotniczego geniusza inżynierii.
A później skupił się na kolejnym wyzwaniu – nagrodzie Ansari X Prize, czyli pierwszy, prywatny pojazd kosmiczny, którym wysłano człowieka w kosmos, ale to już inna opowieść.

Bijmy własne rekordy, nawet jeśli to pozornie bez znaczenia.
Przesuwajmy granice tego co do tej pory uważaliśmy za niemożliwe.
I pokazujemy to naszym dzieciom.

A Wy jakie macie plany na ten dzień?
Ja w pracy, też będzie rekord … pacjentów, przed nowym rokiem szkolnym.

Post można dowolnie udostępniać co zwiększa zasięgi, za co bardzo dziękuję.

A jeśli umknął wam poprzedni post, link do niego znajdziecie poniżej.
https://www.facebook.com/share/p/1LPwjiMM9L/

Zdjęcia: Scaled Composites, Smithsonian, LA Times. USAF.

Autor: Marcin Andryszczak
Warszawski farmaceuta zafascynowany wielkimi i przełomowymi odkryciami nauki.