Na szkolnym boisku wszystko szło jak zwykle — Kloc próbował zbudować „najszybszy wózek świata” z kawałków ławki, a Wszak tłumaczył mu, że to zły pomysł.
— To ma silnik z… kredy — powiedział niepewnie Wszak.
— Kreatywność, mój drogi! — odparł Kloc, wciskając coś, co zdecydowanie nie było silnikiem.
Nagle zza rogu wyszła grupa starszych uczniów. Najwyraźniej znudzonych.
— Ej, maluchy. Fajny sprzęt. Oddajcie, bo się… zepsuje — powiedział jeden z nich, popychając Wszaka.
Wszak cofnął się o krok.
— My tylko… się bawimy.
Kloc już nabierał powietrza, żeby powiedzieć coś głupiego (i zapewne pogorszyć sytuację), ale wtedy…
— Zostawcie go.
Cichy głos. Bardzo spokojny.
To była Basza. Stała za nimi, mała, puszysta, z wielkimi oczami.
Starsi uczniowie parsknęli śmiechem.
— A to co? Maskotka obronna?
Basza przechyliła głowę.
— Powiedziałam. Zostawcie. Go.
I wtedy coś się zmieniło.
Powietrze jakby zgęstniało. Jej cień wydłużył się nienaturalnie. Oczy zrobiły się ciemniejsze, a jej małe łapki… przestały wyglądać tak niewinnie.
Kloc szepnął do Wszaka:
— Oho.
Basza urosła. Nie bardzo — ale wystarczająco, żeby przestać być „misiaczkiem”. Futro nastroszyło się, zęby błysnęły, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś… drapieżnego.
— Ostatni raz — powiedziała niskim głosem, który nie pasował do jej wielkości. — Zostawcie. Moją. Rodzinę.
Chłopaki cofnęli się.
— Dobra, dobra, już idziemy…
— Biegniecie — poprawiła Basza.
I pobiegli.
Szybko.
Bardzo szybko.
Jeszcze przez chwilę było cicho. Potem Basza mrugnęła… i znów była mała, puszysta i całkiem urocza.
— Wszystko dobrze? — zapytała, jakby nic się nie stało.
Wszak tylko kiwnął głową.
Kloc uśmiechnął się szeroko.
— Przypomnij mi, żeby nigdy nie brać twoich ciastek bez pytania.
Basza uśmiechnęła się słodko.
— To zależy… ile ich weźmiesz.