Miles Davies, syn zamożnego dentysty, całe życie dostawał białej gorączki kiedykolwiek słyszał o cierpieniu murzynów, sam będąc co najmniej raz pobitym przez policję. To on wymusił na Coltrane’ie, że różowoskóry Bill Evans będzie grał w jego kwartecie.

Afroamerykanin nie istnieje tak samo, jak nie istnieje Europoantarktydczyk, Azjoeuropejczyk czy Żydopolak.

Termin Afroamerykanin jest lizusowską formą orwellowskiego zniewolenia umysłu blędnie zapożyczoną z równie lizusowskiej formy African American. Z tym, że po angielsku można tego dziwoląga jakoś jeszcze uzasadnić tym, że pierwszy jego człon jest przymiotnikiem, co daje nieco mniej jaskrawy idiotyzm w rodzaju afrykański Amerykanin. Afroamerykanin natomiast, to absurdalny remix Afrykanina z Amerykaninem. A tak nie jest, ponieważ murzyni urodzeni w Ameryce na ogół nie mają i nie chcą mieć nic wspólnego z Afryką nie mówiąc już o tym, że wielu z nich stamtąd nie pochodzi a często z Jamajki, wysp Karaibskich, Australii itp.

Lizusy wszystkich ras (włącznie z samymi murzynami) skazują murzynów na wieczną gettoizację wmawiając im obcość (afrykańskie pochodzenie) i rzucający się w oczy różny stopień pigmentacji.

Wśród murzyńskich aktywistów, politycznych pasożytów i różnych oportunistów od lat panuje niewiarygodny wręcz chaos i zażarta walka w olimpiadzie cierpienia poparta przyznaniem odpowiedniego tytułu – a co za tem idzie, korzyści politycznych a więc materialnych. Jedni walczą o tytuł Afroamerykanów inni wolą być afrykańskimi Amerykanami albo znów deklarują się, na przykład Jamajczyko-Amerykanami lub Nigeryjczyko-Amerykanami, albo wręcz zaprzeczają roszczeniom rdzennych Amerykanów murzynów z powodu niepochodzenia z Afryki itd., jeden wielki polityczny koszmar.

Jednocześnie niektórzy współcierpiący aktywiści dawnych czasów nie uznają nowo przybyłych za prawdziwych Afroamerykanów.

– Jestem Afrykaninem i obywatelem amerykańskim; czyż nie jestem Afroamerykaninem?

– urodzony w Etiopii Abdulaziz Kamus zapytał na transmitowanym przez prawie wszystkie telewizje wiecu Społeczności uciśnionych (Oppressed Communities) na przedmieściach Maryland w 2004 roku. Ku jego zaskoczeniu i przerażeniu przytłaczająca większość publiczności odpowiedziała”

– nie!

Taka atmosfera współzawodnictwa co do znaczenia afrykańsko-amerykańskiego doświadczenia (African American Experience) i tego, kto jest lub nie jest jego częścią, nie jest nowa, ale ostatnio staje się coraz bardziej agresywna i złowieszcza. Mądrzy ludzie każdego pochodzenia mają tego serdecznie dość.

Na zakończenie historyjka, jaką 17-letni Miles Davis przeżył w szkole muzycznej. Któregos dnia, nauczyciel, chcąc widocznie zdobyć kilka brązowych punktów (ang: brownies – brązowe ślady na nosie od lizania tyłków), długo i namiętnie opowiadał o niewypowiedzianym cierpieniu murzynów jak zwykle z powodu niewolnictwa. Znany z ostrego temperamentu Miles, nagle wstal i powiedział:

– You’re full of shit, mister (Pierdolisz pan).

Poczem wyszedł z klasy trzasnąwszy drzwiami.

Miles, syn zamożnego dentysty, całe życie dostawał białej gorączki, kiedykolwiek słyszał o cierpieniu murzynów, sam będąc co najmniej raz pobitym przez policję. To on wymusił na Coltrane’ie, że różowoskóry (pianista) Bill Evans będzie grał w jego kwartecie. Coltrane był nieszczęśliwym narkomanem, pielęgnował w sobie różne sprzeczne uczucia i dawał temu upust.

Miles na swoim Ferrari umieścił tabliczkę rejestracyjną z myślą o policji: Paid for (kupiony).

Podsumowując, czyż nie można rozmawiać o ludziach (i muzyce) bez przywoływania rasy, pochodzenia, stopnia stężenia melaniny, współzawodnictwa w cierpieniu (zwłaszcza, kiedy się w tym cierpieniu udziału nie brało)?

 

Marek Cieszewski

 

 

Wpis opublikowaliśmy za zgodą Autora z profilu na portalu facebook