Mit i droga
W niedawno opublikowanym tekście Konstanty Pilawa postawił tezę, że środowisko skupione w Polsce wokół idei rozwoju bardziej niż kolejnej listy reform i postulatów potrzebuje dziś opowieści – nowego politycznego mitu. Zastanawiając się nad jego kształtem, redaktor wrócił do Stefana Żeromskiego jako figury łączącej zakorzenienie w tradycji z imperatywem modernizacji.
Sam wielokrotnie zastanawiałem się, gdzie takiej opowieści szukać. U Żeromskiego? U Brzozowskiego? W dziełach polskich romantyków? W pracach naszych polityków idei, z Mochnackim na czele? U Norwida? A może wśród pozytywistów albo wielkich modernizatorów II Rzeczypospolitej? Szybko jednak doszedłem do wniosku, że być może pytanie o patrona jest źle postawione. Bo owszem, potrzebujemy nowego mitu na nowe czasy. Ale sam mit nie wystarczy. W dobie głębokich, systemowych zmian taki mit musi nas wprowadzać na nową drogę. Na nieprzetarte szlaki.
Nie jesteśmy zresztą pierwszym pokoleniem, które staje przed zadaniem. Ponad dwieście lat temu, u progu nowoczesności, to właśnie romantycy stanęli w obliczu kryzysu starego świata. Dlatego też w ich myśleniu konsekwentnie powracała idea „nowej mitologii”. Chodziło o opowieść, która pozwoli im ponownie odkryć dziedzictwo przodków, ale zarazem przenieść je w przyszłość. Byli przy tym przekonani, że nowa mitologia nie powstanie sama z siebie. Wierzyli, że będzie ona dziełem poetów, artystów i filozofów. To dało początek wielkiemu wysiłkowi kulturowemu, który ukształtował wyobraźnię kolejnych pokoleń.
Dzisiaj znajdujemy się w momencie podobnego przesilenia. O tym, że świat, którego symbolami były Pax Americana, wolny rynek, neoliberalizm, wolny handel i globalizacja, właśnie się kończy – napisano już naprawdę bardzo wiele. Nikt nie ma już wątpliwości, że żyjemy w dobie triumfu logiki coraz silniejszego nacjonalizmu gospodarczego, nowego regionalizmu, protekcjonizmu i zaostrzonej rywalizacji wielkich bloków gospodarczych. A rewolucja technologiczna – sztuczna inteligencja, postępy branży kosmicznej, automatyzacja i kapitalizm platform – całkowicie zmieniają reguły gry.
Dlatego potrzebujemy nowej mitologii. Z tą różnicą, że w przeciwieństwie do pokolenia romantyków – te idee nie mogą pozostać zamknięte w książkach, dziełach sztuki czy w wąskich kręgach debat intelektualnych. W ten sposób nie przeorganizujemy naszej zbiorowej wyobraźni. Tak, tę zmianę przyniesie kultura, ale szeroko rozumiana: kultura przedsiębiorczości, pracy, nauki, technologii i sztuki. Współtworzyć ją muszą ludzie tak różni, jak Jacek Dukaj, Andrzej Nowak, Andrzej Dragan, Krzysztof Zanussi, Tomasz Stawiszyński, Rafał Brzoska, Mateusz Staniszewski czy Jakub Pachocki – pisarze, artyści, naukowcy, przedsiębiorcy, inżynierowie i innowatorzy. Nowa mitologia nie może być bowiem wyłącznie opowiedziana. Musi zostać zbudowana. Dlatego celem mitologii XXI wieku jest konwersja wyobraźni na sprawczość.
Potrzebujemy więc i mitu, i drogi. Mitu, który odpowie na pytanie, kim chcemy być. I drogi, która odpowie, jak mamy się tam dostać. Świat bowiem znowu „wyszedł z formy” i przypomina ocean narastającego chaosu. Jeśli sami nie wyznaczymy kierunku i nie będziemy wiedzieli, do jakiego portu płyniemy, pozostanie nam dryf.
Dwie trajektorie
Do podobnych wniosków doszliśmy w trakcie wieczornej debaty na wydarzeniu Rozwój+Wy. Jan Rokita postawił wówczas interesującą tezę o wyczerpaniu się dwóch wielkich trajektorii rozwojowych, z których Polska korzystała w ostatnich dekadach.
Pierwszą można w skrócie nazwać trajektorią wolnego rynku. Jej siłą byli Polacy biorący sprawy w swoje ręce. Ci wszyscy, którzy u progu transformacji i później zakładali firmy, budowali rynek, bogacili się dzięki własnej pracy, pomysłowości i zaradności. Druga trajektoria opierała się na aktywnej polityce państwa z lat 2015–2023. Na budowie nowego systemu finansów publicznych, na wielkich programach społecznych, na inwestycjach – tych strategicznych i tych lokalnych – na wzroście wynagrodzeń i odejściu od konkurowania głównieniskimi kosztami pracy. Przestawiona została wówczas zwrotnica modernizacji. Takie wykorzystanie państwa jako dźwigni rozwoju stało się możliwe przede wszystkim dzięki wcześniejszemu uzdrowieniu systemu podatkowego jako zasadniczej części finansów publicznych.
Dziś obie te trajektorie doszły do granic swoich dotychczasowych możliwości. Oddolna przedsiębiorczość w warunkach coraz bardziej złożonej, kapitałochłonnej i zaawansowanej technologicznie gospodarki przestała być wystarczającym motorem modernizacji. Dodajmy do tego gąszcz unijnych i krajowych przepisów. W odwiecznej walce o marżę pojedynczy przedsiębiorca, pozbawiony wsparcia państwa i jego instytucji, mający słabsze zaplecze kapitałowe czy technologiczne, może pracować w pocie czoła, a i tak będzie dreptać w miejscu. Z kolei model prostego państwowego interwencjonizmu wyczerpał swój dotychczasowy potencjał rozwojowy.
Jest jednak w tej diagnozie pewien paradoks. To bowiem, co charakteryzuje ostatnie 5–6 lat na świecie, to nie schyłek państwa, ale jego wielki powrót. Mocarstwa coraz częściej subsydiują własny przemysł, chronią rynki. Walczą o technologie i surowce. Prowadzą ofensywną politykę przemysłową. Podporządkowują gospodarkę priorytetowi bezpieczeństwa. Ekonomia – jak pisze Edward Fishman – stała się bronią.
Nie możemy zatem odpowiedzieć na wyczerpanie dwóch wielkich trajektorii po prostu odrzuceniem którejkolwiek z nich. Potrzebujemy ich syntezy. Przedsiębiorczości wspartej siłą państwa i państwa czerpiącego energię z przedsiębiorczego społeczeństwa. A do tego jeszcze: solidarności społecznej, miłości do ojczyzny, poczucia odpowiedzialności za wspólnotę. Bez tego tożsamościowego fundamentu żaden wielki projekt nie wytrzyma próby czasu.
Wniosek więc narzuca się sam. Potrzebujemy zatem czegoś więcej niż impulsu rozwojowego. Potrzebujemy wielkiej strategii państwa polskiego.
Rozdźwięk duszy polskiej
Położenie Polski, które przez wieki bywało naszym przekleństwem, może nim pozostać – ale może również stać się naszym błogosławieństwem. W świecie przesuwających się centrów siły, nowych szlaków handlowych i rosnącego znaczenia naszego regionu geografia nie musi już być wyrokiem. Równie dobrze może stać się źródłem geopolitycznej przewagi. Warunek jest jeden. Musimy umieć tę szansę wykorzystać.
Nie będzie to łatwe. Społeczeństwa Zachodu są coraz bardziej zmęczone, targane kryzysami migracyjnymi, wypalone, przyzwyczajone do rosnącej konsumpcji i coraz mniej skłonne do ponoszenia kosztów wielkich strategii. Tymczasem – mówiąc tytułem słynnego filmu z lat siedemdziesiątych „wielkie żarcie” właśnie się kończy. Sukces będzie wymagał wysiłku, mozołu i wytrwałości. Nadchodzą czasy, w których trzeba będzie więcej inwestować, więcej oszczędzać, więcej wydawać na bezpieczeństwo i podejmować decyzje, których owoce pojawią się dopiero za kilkanaście lat. A gdyby jeszcze tego było mało, pojawił się jeszcze nowy Lewiatan – Chiny, które ten stół, przy których Zachód tak pysznie się rozsiadł, wywracają do góry nogami. Istny potop chiński. Zalew chińskich produktów. Na naszych oczach Chiny zjadają nasze śniadanie, obiad i kolację.
Właśnie dlatego tym bardziej potrzebujemy zestrojenia. Cała rzecz polega bowiem na tym, że w naszej historii nigdy te dwie opisane przed chwilą trajektorie nie zostały ze sobą odpowiednio zintegrowane. Przez ostatnie trzydzieści kilka lat dysponowaliśmy dwiema potężnymi siłami rozwoju, ale nie udało nam się ich ułożyć w harmonijną całość. Zamiast synergii przedsiębiorczego społeczeństwa i proaktywnego państwa obserwowaliśmy raczej dysocjację – rozpad tych dwóch wielkich składowych polskiego rozwoju.
Transformacja uwolniła ogromną energię Polaków. Na progu lat 90. ubiegłego wieku zaczęliśmy przedzierać się przez dżunglę kapitalizmu – handlując, inwestując, podejmując ryzyko, ucząc się na bieżąco nowych reguł gry. Był to jeden z największych wybuchów przedsiębiorczości w dziejach naszego narodu. Ale ciemną stroną tamtego sukcesu była zgoda na model zależnego rozwoju, w którym w mniejszym lub większym stopniu tkwimy do dzisiaj. A także – abdykacja państwa w duchu ówczesnej mody, liberalizmu i konsensusu waszyngtońskiego.
W efekcie Polska po pierwsze, wpadła w raczej trwałą zależność od Zachodu. A po drugie, nasze społeczeństwo dotknęła plaga niesprawiedliwości społecznej. Miliony Polaków na własnej skórze przekonały się, czym są bieda i bezrobocie. III RP zamiast uczynić z państwa regulatora i akceleratora rozwoju, uznała je za przeszkodę. I to w momencie, gdy jednym z fundamentów zachodnioeuropejskiej prosperity było umiejętne wprzęgnięcie państwa w naukę, technologię, infrastrukturę, przemysł i bezpieczeństwo.
Nowa umowa społeczna zaproponowana przez mój rząd – obejmująca naprawę finansów publicznych oraz próbę urzeczywistnienia idei państwa inwestującego, prowadzącego aktywną politykę społeczną i biorącego odpowiedzialność za strategiczne kierunki rozwoju – była w istocie późną korektą transformacji. Chcieliśmy przywrócić równowagę tam, gdzie przez lata jej brakowało.
Dziś jednak potrzebujemy czegoś więcej niż kolejnej korekty. Polska musi wreszcie zestroić siły, które dotąd zawsze działały osobno.
Pieśń o zestrojeniu
Jednym z przekleństw Polski było zawsze rozciągnięcie między skrajnościami. Byliśmy i nadal jesteśmy silnym narodem, który w chwilach próby zaskakuje świat walecznością i solidarnością, ale nigdy nie zbudowaliśmy równie silnego, podmiotowego państwa, zdolnego w długiej perspektywie konkurować na arenie europejskiej. Nie rozumieliśmy albo nie chcieliśmy zrozumieć, że silne państwo opiera się na trzech fundamentach: bezpieczeństwie gwarantowanym przez własną siłę militarną, własny kapitał oraz mądre i trwałe sojuszach.
Wykształciliśmy jedną z najwspanialszych kultur i tradycji Starego Kontynentu, ale z wielkim mozołem wyzbywamy się kompleksu niższości względem Europy Zachodniej. Choć przyznać należy, że u młodszych pokoleń nie jest on wreszcie już tak bardzo widoczny.
Wreszcie zaś uczyniliśmy wolność znakiem rozpoznawczym Rzeczypospolitej. To właśnie tradycja wolności – obywatelskiej i republikańskiej – przez stulecia odróżniała polski model od rozwijającego się na Wschodzie modelu samodzierżawia. Ale ten żywioł wolności już nieraz przeobrażał się w anarchię – chorobę, która sprowadziła na nas wiele katastrof, w tym przyspieszyła upadek I Rzeczypospolitej.
Naszym problemem nie był więc brak energii, talentu czy aspiracji. Problemem był ciągły rozdźwięk. Poszczególne tony polskiej duszy potrafiły brzmieć donośnie, ale zbyt rzadko układały się w harmonijny utwór.
Jeśli dziś, w 2026 roku, potrzebujemy w Polsce nowej opowieści, to musi być to pieśń o zestrojeniu. O zestrojeniu państwa i narodu, wolności i odpowiedzialności, przedsiębiorczości i instytucji. O zestrojeniu nauki, wojska, finansów, gospodarki, technologii i demografii w jeden długofalowy wysiłek. Potrzebujemy nowego sojuszu państwa, przemysłu i technologii.
Bo świat nie dzieli się już na względnie oddzielne domeny gospodarki, bezpieczeństwa i innowacji. W czasach nadchodzącego przełomu i rozpadu starego porządku coraz częściej są one różnymi wymiarami tej samej rywalizacji. Dziś wygrywają ci, którzy potrafią je zestroić i podporządkować jednej wielkiej strategii.
Archipelag patriotów
Czego więc potrzebujemy? Przede wszystkim nowej kadry przywódczej. Elity, która będzie służyć wyłącznie państwu polskiemu. Bo gdy elita nie działa wyłącznie w interesie własnego państwa, to owe państwo nie jest w pełni niepodległe. Potrzebujemy pokolenia liderów, których kompetencje, praca i patriotyczne zaangażowanie pozwolą rozpoznać ścieżki w dżungli technologicznej i podjąć trudne do zdefiniowaniazadania XXI wieku. Potrzebujemy nowego modelu przywództwa strategicznego – zdolnego łączyć odległe od siebie światy, godzić różne interesy i zestrajać różne siły. Zarówno lokalnie, jak i na poziomie państwa.
Tacy nowi architekci rozwoju już w Polsce są. Nie należą do jednej partii ani jednego pokolenia, nie tworzą też spójnego środowiska i nie mają takich samych poglądów na wszystko. Ale to ich głos jest obecnie silnym głosem na rzecz suwerenności i modernizacji. Często dobiega spoza tradycyjnie rozumianego świata polityki.
To głos naukowców, lokalnych liderów, ekspertów, przedsiębiorców, działaczy społecznych i pasjonatów, którzy oddolnie organizują się w grupy dyskusyjne. To archipelag patriotów, którzy mają dość populistycznej młócki i naprawdę chcą się zaangażować w inicjatywy na rzecz rozwoju i umocnienia pozycji Polski. Łączy ich przekonanie, że polityka powinna zaczynać się od poważnej analizy, od zrozumienia reguł rządzących światem, od merytorycznej roboty, od nowego modelu rozwoju i strategii.
Dziś często działają na osobnych „archipelagach gwiazd i wysp”. Nie mają wielkich zasięgów, z trudem przebijają się przez medialny hałas, czasem mają pewnie poczucie, że napełniają beczkę Danaid – wykonują pracę, której efekt natychmiast gdzieś się rozprasza. Ale takich wysp jest więcej, niż nam się wydaje. Czas je połączyć. Jest w tym archipelagu zaczyn nowej wspólnoty i nowego środowiska.
To właśnie Was wszystkich zapraszam do idei, którą można ująć w dwóch słowach: duma i rozwój. Zapraszam do szerokiego ruchu, który budujemy wokół Stowarzyszenia Rozwój Plus.
Dwa oblicza bezsilności
To poczucie osamotnienia środowisk, o którym wspomniałem przed chwilą, bierze się stąd, że coraz więcej ludzi w Polsce jest znużonych sposobem, w jaki dziś uprawia się politykę. Niestety, coraz częściej ogranicza się ona do wyboru między dwoma obliczami bezsilności.
Pierwsze oblicze bezsilności to system, który nazywam „tuskizmem”. Jeśli komuś nie odpowiada to określenie, może znaleźć własne – ważniejsze jest samo zjawisko. To polityka nieróbstwa zamiast polityki reform. Polityka „nicniedasizmu”. Ściema zamiast realnych osiągnięć. Zarządzanie wizerunkiem zamiast zarządzania państwem. Brak ambicji w rządzeniu. A nade wszystko brak decyzyjności i niechęć do brania odpowiedzialności za trudne decyzje. To polityka zimnej wody w kranie, która działa tylko do pierwszego kryzysu – suszy, powodzi czy blackoutu. Potem państwo sypie się jak domek z kart.
Drugim obliczem bezsilności jest to, co dziś obserwujemy na skrajnej prawicy. To eskapizm – szukanie łatwych, efektownych wyjść z trudnych problemów. Radykalny izolacjonizm, choć posługuje się językiem siły i suwerenności, w istocie również jest formą kapitulacji. U jego fundamentów tkwi przekonanie, że Polska nie jest zdolna do prowadzenia równorzędnej gry w ramach takich systemów jak Unia Europejska. Rozczarowanie Unią prowadzi więc do syndromu oblężonej twierdzy, do szafowania hasłem Polexitu – albo do prowadzenia polityki, która do Polexitu prowadzi, choć samego słowa nikt nie wypowiada. Tyle że wyjście z UE nie zlikwidowałoby współzależności gospodarczych, technologicznych czy związanych z bezpieczeństwem. Podmiotowość nie polega na zejściu z boiska. Polega na tym, żeby nauczyć się na nim wygrywać.
Miłość do tego, co polskie
Aby te idee reformatorskie zrealizować, potrzeba jednego: patriotyzmu. Silnego państwa ani silnej gospodarki nie zbudują ludzie, którym los Polski jest obojętny. Potrzebujemy na nowo obudzić w sobie tę pierwszą i najważniejszą namiętność. Miłość do tego, co polskie.
W XXI wieku o potencjale państw będą decydować nie tylko kapitał, technologie i jakość instytucji. W świecie głębokiej zmiany ładu międzynarodowego przewagę zyskają również te społeczeństwa, które potrafią wspólnie działać. Potrafią przełamywać polaryzację. Potrafią w kluczowych momentach budować pomosty. Narody połączone kulturą, tradycją, pamięcią, poczuciem odpowiedzialności i przekonaniem, że istnieje jakieś wspólne „my”.
Bez poczucia wspólnoty trudno walczyć o podmiotowość. Ale nie chodzi tu wyłącznie o emocje, symbole, mity czy potrzebę przynależności. To także kwestia bardzo konkretnego rachunku ekonomicznego. Gdzie akumulowany jest kapitał? Gdzie powstają technologie i znajdują się centra decyzyjne? Czy tutaj, w Polsce, czy tysiąc kilometrów dalej? Od odpowiedzi na te pytania zależy, ile zarabiamy, na co nas stać i jakie perspektywy mają nasze dzieci. Siła Polski wyznacza przestrzeń naszych indywidualnych możliwości i aspiracji.
Ale działa to również w drugą stronę. Społeczeństwo ludzi ambitnych, przedsiębiorczych i przekonanych, że warto tutaj inwestować swój wysiłek, wiedzę i kapitał, samo buduje siłę państwa. To pozytywne sprzężenie zwrotne. Silna Polska pozwala nam mierzyć wyżej, a nasze ambicje czynią Polskę silniejszą. Polska będzie taka, jacy będą Polacy. Ale i Polacy będą tacy, jaka będzie Polska.
Dlatego najważniejszy podział współczesnej polityki nie przebiega już między prawicą a lewicą. Przebiega między patriotyzmem a pokusą wykorzenienia. Grozi nam, że zapomnimy skąd pochodzimy, dokąd zmierzamy i za co jesteśmy odpowiedzialni. Jedną z największych pułapek współczesnego świata jest obietnica wygodnego życia bez zakorzenienia, obietnica praw bez obowiązków, mobilności bez przynależności, teraźniejszości bez historii. Kultura wiecznej rozrywki, mediów aspołecznościowych szepcze nam codziennie do ucha: nie angażuj się, nie przywiązuj się, scrolluj dalej, nie bierz niczego na serio. Trzeba tej pokusie stawić czoła. Czas zapuścić korzenie, być blisko, żyć naprawdę.
Rozwój plus tożsamość
W świecie coraz bardziej rozrywanym przez skrajności, populizmy i łatwe recepty potrzebujemy mocnego fundamentu wartości. Patriotyzmu, chrześcijaństwa, zdrowego rozsądku, wolności i prawa rodziców do wychowania własnych dzieci. Tym bardziej że świat ten jest zarazem trawiony przez konsumpcjonizm, atomizację, zobojętnienie i nieustanną pokusę wykorzenienia.
Ale potrzebujemy też czegoś jeszcze – ambitnej agendy rozwojowej i gospodarczej oraz odbudowy dumy z własnego państwa i narodu. Odpowiedzi na wyzwania XXI wieku.
To właśnie proponuje Rozwój Plus. Głosimy patriotyzm odwagi, ambicji i zwycięstwa. Nie mamy kompleksów wobec Zachodu, ale też nie obrażamy się na świat. Chcemy walczyć o lepsze jutro dla Rzeczpospolitej, bez dąsania się na naszych sąsiadów. Chcemy prawicy nowoczesnej, kompetentnej i gotowej do rządzenia. Prawicy, która wie, skąd przychodzi, ale przede wszystkim wie, dokąd chce zaprowadzić Polskę.
Nie łudzimy się hasłami o „złotym wieku” czy „20. gospodarce świata”, bo wiemy, że prawdziwej siły państwa nie mierzy się nominalnym PKB. Mierzy się ją zakumulowanym kapitałem, realnym majątkiem Polaków, własnymi technologiami i know-how, silnymi firmami, armią oraz zdolnością do samodzielnego działania. Silne państwo musi być wewnątrzsterowne. Nie chodzi tylko o to, na ile nas stać. Chodzi o rentowność naszych branż. O to, ile marży na koniec dnia zostaje w Polsce
Silnego narodu i nowoczesnego państwa nie zbudują malkontenci. Nie zbuduje go także ani komentariat, który od rana do wieczora diagnozuje kolejne polskie choroby, ani eksperci od wszystkiego, zwłaszcza od wizerunku. Polskę na miarę XXI wieku zbudują ludzie z energią, odwagą i wizją przyszłości. Ludzie, którzy pokazali sprawczość, fachowość i sprawność działania. Ludzie, którzy potrafią zestroić przywiązanie do polskości z ambicją modernizacji – z ambicją budowy naszych własnych krzemowych domów. Ludzie, którzy zamiast narzekania albo nieróbstwa wybierają pracę dla Polski.
Potrzebujemy Polski świadomej własnej wartości, zdolnej budować siłę gospodarczą, technologiczną i instytucjonalną. Zakorzenionej we własnej tożsamości, ale odważnie patrzącej w przyszłość. Rozwój bez tożsamości jest dryfem. Tożsamość bez rozwoju – bezsilnością. Dopiero zestrojenie tych dwóch trajektorii daje nam szansę, że zbudujemy Polskę zdolną do przetrwania, Polskę o wyższym statusie i naprawdę podmiotową.
Taka jest pieśń o zestrojeniu, którą musimy dziś wspólnie zaśpiewać. Zaśpiewać i zamienić w czyn. „By z kraju marzeń przeszła w rzeczywistość”.
Foto: Facebook / Mateusz Morawiecki
Autor: Mateusz Morawiecki
Polski menedżer, bankowiec i polityk. Prezes Rady Ministrów w latach 2017-2023. Poseł na Sejm RP, były wiceprezes PiS. Prezes stowarzyszenia Rozwój Plus.
Zostaw komentarz