Pamiętacie to hasło?
„Przywróćmy powagę gminie”.
Proste. Nośne. Skuteczne.
Tylko żeby komuś „przywracać powagę”, najpierw trzeba było wmówić mieszkańcom, że wcześniej rządził człowiek niepoważny. Najlepiej zrobić z Rajewskiego wariata.
Awanturnika.
Człowieka, który wszędzie węszy, wszystkiego się czepia, wszystkich kontroluje, ze wszystkimi walczy i nie potrafi spokojnie siedzieć w gabinecie.
I rzeczywiście.
Nie siedziałem spokojnie.
Kiedy obejmowałem urząd, przyszło mi zmierzyć się z prawie 16 milionami złotych zadłużenia, którego przecież sam nie zaciągnąłem.
Przez cztery lata spłaciłem prawie 2 miliony złotych długu zaciągniętego przez poprzedników.
Na koniec 2018 roku zadłużenie gminy wynosiło dokładnie:
14 000 291,20 zł.
Nie zostawiłem następcom rachunku za swoją „powagę”.
Spłacałem rachunki wystawione przez tych, którzy byli przede mną.
Ale to przecież mało medialne.
Znacznie łatwiej było powiedzieć, że Rajewski znowu z kimś walczy.
A walczyłem.
Kiedy po ustaleniach kontroli zaczęliśmy sprawdzać deklaracje podatkowe największych przedsiębiorców, okazywało się, że gmina przez lata nie otrzymywała wszystkich należnych jej pieniędzy.
Tu kilka tysięcy.
Tam kilkanaście.
A w jednym z przypadków różnica sięgała około 100 tysięcy złotych podatku rocznie.
I co miałem zrobić?
Uśmiechnąć się?
Powiedzieć: „nic się nie stało”?
Uznać, że skoro ktoś jest duży, ważny albo wpływowy, to lepiej nie zadawać pytań?
Nie.
Pytałem:
DLACZEGO PIENIĄDZE NALEŻNE GMINIE NIE TRAFIAJĄ DO GMINY?
I chyba właśnie to było największym problemem Rajewskiego.
Nie to, że byłem „niepoważny”.
Tylko to, że zaglądałem tam, gdzie wygodniej było nie zaglądać.
Pytałem.
Sprawdzałem.
Kontrolowałem.
Nie uznawałem za święte czegoś tylko dlatego, że „zawsze tak było”.
I wtedy właśnie niezwykle potrzebny stał się obraz Rajewskiego-wariata.
Pamiętam też stronę poświęconą niemal obsesyjnie mojej osobie.
Dzień po dniu budowano tam moją karykaturę.
Rajewski miał być śmieszny.
Rajewski miał być niepoważny.
Rajewski miał być awanturnikiem.
Rajewski miał być człowiekiem, którego należy się wstydzić.
Nie będę dziś bez dowodów rozstrzygał, kto to finansował, kto tym sterował i kto komu w tym pomagał.
Ale efekt polityczny był oczywisty:
Rajewski miał przestać być traktowany poważnie.
A kiedy człowieka wystarczająco długo ośmiesza się i poniża, można już wejść na scenę i powiedzieć:
„Przywróćmy powagę gminie”.
No dobrze.
Minęło prawie osiem lat.
To może wreszcie sprawdźmy rachunek za tę „powagę”.
Na 31 grudnia 2018 roku, niewiele ponad miesiąc po zakończeniu mojej kadencji, zadłużenie Gminy Błaszki wynosiło 14 000 291,20 zł. Na 31 grudnia 2025 roku — 23 594 305,70 zł. To wzrost o 9 594 014,50 zł.
Co więcej, jeszcze w styczniu 2026 roku RIO wskazywała, że spłaty zobowiązań zaciągniętych do końca 2025 roku zaplanowano aż do 2039 roku. A obecna Wieloletnia Prognoza Finansowa gminy została już wydłużona do 2040 roku.
Żeby było uczciwie: RIO wskazuje, że przy przyjętych założeniach gmina zachowuje ustawowe wskaźniki spłaty zadłużenia.
Nie będę więc krzyczał o bankructwie.
Nie muszę.
Wystarczą liczby.
Bo liczby nie startują w wyborach.
Nie należą do żadnej partii.
Nie lubią Rajewskiego ani Świderskiego.
Po prostu pokazują rachunek.
A to jeszcze nie wszystko.
W kompleksowej kontroli zakończonej w 2026 roku Regionalna Izba Obrachunkowa stwierdziła w Urzędzie nieprawidłowości i uchybienia związane m.in. z nieprzestrzeganiem przepisów, ich wadliwą interpretacją oraz niewystarczającym działaniem wewnętrznej kontroli finansowej.
Były problemy dotyczące zamówień publicznych.
Były nieprawidłowości związane z rozliczeniem dotacji.
Były błędnie określane limity zobowiązań przy wielomilionowej inwestycji.
I jest rzecz, która dla mnie brzmi wręcz symbolicznie.
RIO stwierdziła opóźnienia w windykacji zaległości w podatku od nieruchomości.
W jednym z badanych przypadków nie wystawiono tytułu wykonawczego na zaległą ratę podatku.
Pamiętacie?
Rajewski był „wariatem”, bo ganiał za podatkami.
Dzisiaj nie mówi tego Rajewski.
Dzisiaj problemy z windykacją opisuje Regionalna Izba Obrachunkowa.
Historia ma czasami wyjątkowe poczucie humoru.
Dlatego nie będę pisał o żadnym „skoku na kasę”.
Nie muszę nikogo oskarżać o zawłaszczanie gminy.
Postawię tylko jedno pytanie:
CO WŁAŚCIWIE PRZYWRÓCONO?
Powagę?
Czy może przede wszystkim święty spokój tym, którym przeszkadzał burmistrz zadający za dużo pytań?
Bo teraz rozpoczyna się kolejny akt tego przedstawienia.
Przy obecnych przepisach kończy się pewien rozdział i wokół przyszłego fotela burmistrza robi się coraz ciaśniej.
Jeden już pręży muskuły.
Drugi zapewne też widzi się w gabinecie.
Ktoś liczy głosy.
Ktoś szuka poparcia.
Ktoś buduje układankę.
A niektórzy najwyraźniej mają szczególny talent do traktowania samorządu jako przedsięwzięcia, w którym rodzina zawsze powinna znaleźć swoje miejsce.
Tu stanowisko.
Tam posada.
Tutaj ktoś bliski.
Tam ktoś zaufany.
I po chwili trudno już ustalić, gdzie kończy się samorząd, a zaczyna rodzinny interes.
A przecież miała być powaga.
Szczególnie rozczulają mnie natomiast te wszystkie fotografie potencjalnych kandydatów z małżonkami, jakby w Błaszkach razem z burmistrzem wybierało się od razu lokalną „pierwszą damę”.
Panowie…
najpierw trzeba szanować swoje żony na co dzień, a dopiero później z dumą prezentować się z nimi mieszkańcom.
Nie odwrotnie.
Szacunek nie zaczyna się wtedy, kiedy włącza się aparat fotograficzny.
I nie kończy się wtedy, kiedy aparat gaśnie.
Żona nie jest kampanijnym rekwizytem.
Rodzina nie jest zapleczem kadrowym.
A urząd burmistrza nie jest początkiem budowania lokalnej dynastii.
NEPOTYZM NIE STAJE SIĘ PRZYZWOITY TYLKO DLATEGO, ŻE DOBRZE WYGLĄDA NA RODZINNYM ZDJĘCIU.
Jeżeli ktoś chce znów budować rodzinny biznes — droga wolna.
Niech założy firmę.
Ale Gmina Błaszki nie jest firmą rodzinną.
Należy do mieszkańców.
Wszystkich.
Docierają do mnie również coraz ciekawsze opowieści o tym, kto z kim, przeciw komu, kto miałby kogo poprzeć, kto komu odebrać kilka procent i czy przypadkiem nie pojawi się kandydat, którego największym politycznym sukcesem miałoby być nie własne zwycięstwo, ale jedno:
żeby tylko nie wygrał Rajewski.
Na razie są to opowieści.
Dlatego żadnych nazw, żadnych partyjnych szyldów i żadnych nazwisk.
Ale jeśli rzeczywiście ktoś układa taki scenariusz, to mam dla niego złą wiadomość.
Mieszkańcy Błaszek nie są pionkami, które można dowolnie przesuwać po politycznej szachownicy.
I teraz najlepsze.
Ja przecież nadal nie powiedziałem oficjalnie, że kandyduję.
Nie mam komitetu.
Nie rozpocząłem kampanii.
Nie powiesiłem ani jednego baneru.
A mam wrażenie, że niektórzy już prowadzą kampanię…
przeciwko mojemu powrotowi.
I tego właśnie nie potrafię zrozumieć.
Przecież podobno byłem takim fatalnym burmistrzem.
Takim wariatem.
Takim awanturnikiem.
Takim symbolem „braku powagi”.
Więc…
CZEGO SIĘ BOICIE?
Może jednak po latach ktoś przypomniał sobie, jakie pytania zadawał ten „niepoważny” Rajewski:
ILE?
KOMU?
ZA CO?
DLACZEGO?
KTO PODPISAŁ?
DLACZEGO NIE POBRANO NALEŻNEGO PODATKU?
KTO DOSTAŁ STANOWISKO?
KTO JEST CZYIM KREWNYM?
I KTO OSTATECZNIE ZA TO WSZYSTKO PŁACI?
Może więc największym problemem Rajewskiego nigdy nie było to, że walczył ze wszystkimi.
Może problem polegał na tym, że miał odwagę walczyć również z tymi, z którymi najbardziej opłacało się żyć dobrze.
Czy wrócę?
Niech zgadują.
Widzę, że samo to pytanie już działa lepiej niż niejedna kampania wyborcza.

Zostaw komentarz