„Szanowny Panie Albercie Łyjak…”
Tak zaczynał się list, który dostałem jakiś czas temu. Dalej były już tylko miejsca, liczby i nazwiska.Oleśnica. Powiatowy szpital. Dziesiątki, a według autorki listu setki nienarodzonych dzieci, którym odebrano życie. List był oskarżeniem, ale też krzykiem bezradności. I właśnie dlatego – zatrzymał się we mnie.
Nie odpowiedziałem.
Wielu ludzi miało mi to za złe. Że milczałem. Że nie napisałem tekstu. Że „w takiej sprawie nie wolno milczeć”. Być może mają rację. Ale są takie momenty, w których człowiek nie milczy z obojętności, tylko z obawy, że zbyt łatwe słowa staną się kłamstwem.
W centrum tamtego listu było jedno nazwisko – lekarki ginekolog związanej z Oleśnicą. Gdy narastał społeczny sprzeciw i protesty, z Oleśnicy musiała odejść. Później pojawiła się informacja, że może podjąć pracę w Ostrzeszowie. I tam również doszło do protestów – presja była tak duża, że także ta droga została zamknięta. Historia zaczęła zataczać krąg: inne miasto, inny szpital, te same pytania.
Dla mnie to nie była abstrakcja. Znam szpital w Ostrzeszowie. Leżałem tam ze złamaną ręką przed ostatnimi świętami wielkanocnymi. Zwyczajna sala, zwyczajni ludzie,świetna opieka. Miejsce, które kojarzy się z leczeniem, a nie z wojną moralną. I może właśnie dlatego ta sprawa uderzyła we mnie mocniej – bo dotyczyła konkretnych korytarzy i realnych ludzi, a nie tylko sporów ideologicznych.
W liście były też opisy metod. Nie metafory, nie hasła – procedury: wstrzykiwanie chlorku potasu bezpośrednio w serce dziecka, aż do momentu, gdy serce przestawało bić – spokojnie, technicznie poprawnie, po to, by nikt nie musiał patrzeć na narodziny żywego człowieka. Czytając to, miałem wrażenie, że język medycyny próbuje zagłuszyć fakt najbardziej elementarny – że chodzi o świadome zatrzymanie czyjegoś serca.
I w tym momencie ten spór przestaje być dyskusją światopoglądową. Staje się pytaniem o granicę. Nie prawa, nie procedury, ale człowieczeństwa.
Aborcję bardzo często opisuje się dziś jak spór dwóch racji. Jak mecz, w którym wystarczy opowiedzieć się po jednej ze stron. Tymczasem to nie jest konflikt, który kończy się gwizdkiem. On zostaje – w lekarzu, w kobiecie, w społeczeństwie, które coraz szybciej uczy się mówić o sprawach ostatecznych językiem technicznym i bezosobowym.
I wtedy pojawia się pytanie, którego nie da się już ominąć: czy zmiana miejsca pracy – z Oleśnicy do Ostrzeszowa, z jednego szpitala do drugiego – bez zmiany procedur, bez zmiany odpowiedzialności, bez zmiany myślenia – rozwiązuje cokolwiek? Nie. Ona nie rozwiązuje niczego, poza problemem cudzej obecności w danym budynku.
Nie napisałem odpowiedzi na tamten list od razu, bo nie chciałem udawać, że mam gotowe rozwiązania. Moralność nie znosi skrótów. A sumienie nie jest delegowane ani na paragraf, ani na instytucję. Z czasem zrozumiałem jednak, że milczenie też jest wyborem i że trzeba się z niego wytłumaczyć.
Ten tekst nie jest wyrokiem i nie jest usprawiedliwieniem. Jest próbą powiedzenia głośno tego, czego nie potrafiłem powiedzieć wtedy: że są sprawy, wobec których nie da się przejść obojętnie, nawet jeśli nie ma się gotowych odpowiedzi. Bo niezależnie od tego, po której stronie ktoś stoi – tu nikt nie wychodzi bez śladu i ran na sumieniu.