Już się przyzwyczaiłam, że w weekendy wirus odpuszcza, a na pewno nie jest śmiertelny. W Święta Bożego Narodzenia i w Nowy Rok też odpuścił. Umiera kilkadziesiąt osób, a choruje kilka tysięcy. I ta poprawa następuje cyklicznie.

Nie wiem, czy minister zdrowia wierzy w te dane – w ciągu tygodnia rzucające o ściane, w weekendy nagle spadające o kilkaset procent.

Chyba nie wierzy, bo dziś zapowiedział, że od jutra „ze względu na rosnące wskaźniki” trzeba będzie wprowadzić większe obostrzenia. Jak się go słucha, to ma się ochotę popukać w czoło. Puk, puk, puk…

Jak to?

Kiedy umierało 589 osób dziennie to nic nie trzeba było robić, a jeśli umiera 60 i to na dodatek i tak schorowanych staruszków, to gospodarke zatrzymujemy.

Czy minister przestał już zdawać sobie sprawę z tych, pobieranych z sufitu, liczb?

Normalnemu czlowiekowi przychodzi do glowy, że one są w ogóle nieprawdziwe – i w okresie tygodnia, i w okresie weekendu. I mają nie cel informacyjny, ale jakiś – nieznany – gospodarczo-polityczno-społeczny. Raz mają straszyć, raz mają służyć usprawiedliwieniu lockdownu, innym razem mają upokajać i zchęcać, aby naród zbierał się w Zakopanem, nabijajć kabzy góralom i zapewniając ich przychylność dla rządu, a z drugiej pieścić ego prezesa Kurskiego, który chce być autorem największego show świata.

Nie szkodzi, że w okresie pandemii. Zawieszonej w Sylwestra Marzeń.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.