Premierę olałem, ale w piątek się załapałem. Na pierwszy w tym sezonie spektakl, wyprodukowany pod dyrekcją nowej złotej i już zawieszonej szefowej Teatru Dramatycznego. Przedstawienie pt. „Mój rok relaksu i odpoczynku” wyreżyserowane przez wschodzącą gwiazdę scen polskich Katarzynę Minkowską i wystawiane z błogosławieństwem Moniki Strzępki, jest adaptacją powieści amerykańskiej pisarki Ottessy Moshfegh. Pisarki nie znałem, ale poleciałem.

Przed wejściem do Teatru stał przeszklony kontener mieszkalny, wyposażony w grający telewizor i łóżko z zachęcająco odkrytą pościelą. Umiejscowiony na dachu kontenera napis zapraszał do relaksu i odpoczynku! Ponieważ do rozpoczęcia przedstawienia miałem trochu czasu, zapragnąłem wejść do środka i się zrelaksować. Nie zamierzałem tam spędzać roku, jeno kwadransik, żeby obejrzeć końcówkę meczu z Brazylią. Lecz nie dla psa kiełbasa, nie dla Szarka telewizor. Kontener był zawarty, a otwierali wyłącznie bezdomnym. Sądzę, że bezdomni o tym nie wiedzieli, bo się do kontenera nie cisnęli.
Za to do Teatru pod Złotą Waginą cisnęła się cała warszawka. Przed kasami kłębił się tłum postępowej młodzieży, złaknionej wejściówek i igrzysk. Wachlując się ostentacyjnie biletem i Gazetą Polską, minąłem lewicową gołotę i wkroczyłem na widownię, jak Napoleon do łoża pani Walewskiej.

Nie wiem, jak Cesarz, ale ja byłem umiarkowanie zadowolony. Sztuka przedstawiała egzystencjalne rozterki nowojorskiej, zamożnej i sic! bezrobotnej dziewczyny, cierpiącej na: lekomanię, depresję i ogólny brak sensu życia.

Zdesperowana bohaterka postanowiła, wziąć rok wolnego od wszystkiego i spać. Jej decyzja ma dwojakie znaczenie. Terapeutyczne i antykapitalistyczne. Spanie jest aktem buntu przeciwko wszechobecnym nakazom produktywności i konsumpcji, w którym sen stanowi ostatnie, niezawłaszczone jeszcze przez kapitalizm pole ludzkiej aktywności! Bohaterka, a z nią Twórczynie spektaklu podnoszą czerwony sztandar, wołając – Proletariusze wszystkich krajów śpijcie se!

Musze przyznać, że przewrotna ironia tej rewolucji zrobiła na mnie – patentowanym leniu, dobre wrażenie. Podobała mi się też krytyka współczesnego przemysłu terapeutycznego, którą uosabiała skrząca się humorem i niezamierzonymi wpadkami aktorka, odtwarzająca rolę lekarki psychiatrii.

Młoda reżyserka skroiła spektakl według ostatniej mody. Przedstawienie, jak Pan Bóg i Lupa przykazali trwa 4 godziny – dla mnie o godzinę za dużo. Nad rampą wisi wielki ekran, na którym widz może obserwować każdy grymas twarzy i szczegóły intymnej anatomii aktorów. Wszystko filmowane przez kamerzystę szwendającego się po scenie, jak fotograf po wiejskim weselu. Nie lubię tej maniery, ponieważ stwarza dystans między aktorem i widzem, uniemożliwiając powstanie morinowskiego mechanizmu projekcji-identyfikacji, niezbędnego przy katharsis.

Oczywiście spektakl obfitował w efekty specjalne typu „światło i brzdęk”, bo bez tego w nowoczesnym teatrze, ani rusz. Aktorzy snuli się po scenie symultanicznie, nie przestrzegając reguły jedności czasu i miejsca, a trzy czwarte pierwszego aktu wypełniały układy choreograficzne, obrazujące koszmary senne bohaterki. Jednak przyznaję, że taniec był mocną stroną widowiska. Choreografia Krystyny Lamy Szydłowskiej była artystycznie dobitna, adekwatna i wyrazista. Tancerze profesjonalni, jeno muzyka za głośna. Całość zrobiła na mnie dobre wrażenie.

Uważam, że spektakl, mimo awangardowego sztafażu może zadowolić gusta każdego widza. Również zwolenników klasycznego mieszczańskiego teatru środka.

Na tym kończę swoją relację i zapewniam sceptycznych, że nie taka Cipa złota, jak ją malują.

Autor: Marek Szarek