Na Węgrzech 139 posłów zagłosowało za uchyleniem immunitetu premierowi Péterowi Magyarowi w związku ze sprawą telefonu. W Polsce immunitet potrafił być politycznym pancerzem. Przypadek Tomasza Grodzkiego pokazuje, jak różnie można rozumieć zasadę: wszyscy są równi wobec prawa.
Telefon w Dunaju, immunitet w parlamencie
Péter Magyar ma problem. W czerwcu 2024 roku, podczas awantury w budapeszteńskim klubie, polityk miał zabrać telefon mężczyźnie, który go nagrywał, a następnie wrzucić urządzenie do Dunaju. Telefon później odnaleziono.
Węgierski parlament 28 września 2026 roku uchylił Magyarowi immunitet. Za decyzją zagłosowało 139 deputowanych, nie było głosów przeciw ani wstrzymujących się. Fidesz i KDNP nie uczestniczyły w głosowaniu. Co ważne, sam Magyar wcześniej zaapelował do swoich parlamentarzystów, aby poparli uchylenie immunitetu.
Czy Magyar jest winny? O tym nie rozstrzyga parlament. Od tego jest postępowanie i sąd.
Ale właśnie o to chodzi.
Immunitet nie powinien być wyrokiem uniewinniającym. Powinien chronić mandat, a nie być polisą na wypadek odpowiedzialności karnej.
A teraz przenieśmy się nad Wisłę
W Polsce mieliśmy sytuację, która wygląda zupełnie inaczej.
Tomasz Grodzki, były marszałek Senatu i polityk KO, był objęty postępowaniem dotyczącym zarzutów korupcyjnych związanych z okresem, gdy był lekarzem i dyrektorem szpitala. Prokuratura w 2021 roku skierowała do Senatu wniosek o uchylenie mu immunitetu. W 2022 roku senacka komisja regulaminowa rekomendowała odrzucenie wniosku, a Senat nie wyraził zgody na pociągnięcie Grodzkiego do odpowiedzialności karnej.
Prokuratura przedstawiała wówczas zeznania pacjentów i ich rodzin oraz twierdziła, że Grodzki miał przyjmować korzyści majątkowe. Grodzki konsekwentnie zaprzeczał zarzutom i kwestionował działania prokuratury.
Później sytuacja prawna tej sprawy się zmieniła. W lutym 2024 roku Prokuratura Regionalna w Szczecinie wycofała jeden z wniosków o uchylenie immunitetu, uznając go za przedwczesny i wskazując na zawarte w nim twierdzenia, których nie można było uznać za pewne ustalenia faktyczne.
I właśnie dlatego warto trzymać się faktów, a nie wydawać wyroków przed sądem.
Dwa parlamenty, dwa podejścia
Różnica jest jednak uderzająca.
Na Węgrzech premier mówi swoim ludziom: uchylcie mi immunitet i pozwólcie organom ścigania działać.
Parlament mówi: proszę bardzo.
W Polsce przez lata obserwowaliśmy natomiast polityczne przepychanki wokół immunitetów, w których każda strona potrafiła inaczej interpretować zasadę odpowiedzialności.
Raz immunitet miał być „ochroną demokracji”.
Innym razem — „przeszkodą w ściganiu przestępstw”.
W zależności od tego, kto siedział po której stronie sali.
Immunitet nie może być legitymacją bezkarności
I tutaj zaczyna się problem znacznie poważniejszy niż jeden telefon wrzucony do Dunaju.
Jeżeli polityk jest niewinny — niech stanie przed sądem i to wykaże.
Jeżeli jest winny — niech poniesie odpowiedzialność.
Jeżeli prokuratura przedstawia słabe dowody — sąd powinien je odrzucić.
Ale parlament nie powinien zamieniać się w sąd, a partyjna większość nie powinna być murem ochronnym dla swoich ludzi.
Bo kiedy obywatel słyszy, że zwykły człowiek ma odpowiadać za swoje czyny, a polityk najpierw musi uzyskać zgodę kolegów na samo rozpoczęcie postępowania, rodzi się pytanie fundamentalne:
czy rzeczywiście wszyscy są równi wobec prawa?
W Polsce immunitet bywał ważniejszy od przejrzystości
Przypadek Grodzkiego pokazuje również drugą stronę medalu. Senat w 2022 roku odrzucił wniosek prokuratury, argumentując m.in. potrzebą ochrony przed instrumentalnym wykorzystywaniem organów państwa. W debacie senackiej padał argument, że immunitet może chronić polityków przed politycznie motywowanym ściganiem.
To argument, którego nie wolno lekceważyć.
Ale istnieje również druga strona.
Jeżeli immunitet staje się ważniejszy niż możliwość niezależnego zweryfikowania zarzutów przez sąd, obywatel zaczyna mieć poczucie, że istnieją dwa systemy odpowiedzialności: jeden dla niego i drugi dla ludzi posiadających legitymację poselską.
I to jest znacznie groźniejsze dla demokracji niż jeden telefon w Dunaju.
„Fur Deutschland!”? Nie. Najpierw „dla prawa”
Można oczywiście urządzać sobie polityczne żarty. Można kpić z Magyara, można kpić z polskich polityków, można wymieniać kolejne nazwiska.
Tylko że sedno sprawy jest gdzie indziej.
Nie chodzi o to, czy Magyar jest winny. Nie chodzi o to, czy Grodzki jest winny.
Chodzi o zasadę.
Jeżeli istnieją podstawy do postępowania karnego, polityk powinien mieć możliwość odpowiedzenia na zarzuty przed niezależnym sądem. Immunitet nie powinien zastępować sądu.
Bo demokracja bez równości wobec prawa bardzo szybko staje się systemem, w którym jedni mają władzę, a drudzy mają tylko obowiązek jej słuchać.
A wtedy telefon wrzucony do Dunaju jest już tylko symbolem.
Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy wraz z telefonem do wody trafia również wiara obywateli w to, że prawo obowiązuje wszystkich tak samo.
Zostaw komentarz