Czyli, kuchnia naszych babć i mam w szkolnych stołówkach.

1 września weszło w życie rozporządzenie Barbary Nowackiej dotyczące żywienia dzieci w szkolnych stołówkach. MEN nazywa zmianę „rewolucją”. Tyle, że to żadna rewolucja, ale powrót do tego co było już 70 i 60 lat temu.

Zgodnie z rozporządzeniem MEN, szkolne stołówki muszą, raz w tygodniu, podawać dzieciom posiłek wegański oparty na nasionach roślin strączkowych.

Dwa razy świeże mięso, a raz, rybę.

Zupy i buliony tylko na wywarach warzywnych.

A niby na czym je ugotować jak nie na warzywach.
Na gwoździu?

Mniej smażenin oraz soli.

W sumie, to dobra dieta, o czym wiedziały już nasze babcie i mamy.
No, ale teraz wszystko nazywa się „rewolucją” choć to są tylko odgrzewane kotlety.

Wiele fenolu w Wiśle musiało upłynąć by MEN dostrzegło problem jaki jest otyłość dzieci w wieku szkolnym.

Faszerowanych jak gęsi na Wielkanoc „śmieciowym jedzeniem” i pojonych słodzonymi napojami.

Zażerających bez przerwy rozmaite chipsy, po których nawet chudy fakir, po tygodniu stałby się tłusty.

I to nie kosmici taki stan rzeczy sprawili, ale „kochani” rodzice, stołujący się najczęściej poza domem.

Nie mający, najczęściej, bladego pojęcia o tym, jaka dieta jest dla dziecka właściwa.
A nawet jeśli mają, to z lenistwa lub braku czasu, wpychających w pociechy „śmieciowe żarcie”.

To ich trzeba edukować jak odżywać swoje pociechy by w V klasie nie przypominały baleronu.
Im trzeba wbijać młotkiem do głowy, że napoje słodzone to „biała śmieć” , a wpieprzanie przez dzieci silne solonych potraw, to prosta droga do nadciśnienia i otyłości.

Rozporządzenie dla szkół, tego nie zmieni.

Jednak dobrze, że choć po 70, 60 latach do łask wraca dieta naszych babć i mam: rozmaite zupy warzywne, fasolka na różne sposoby, ryby, surówki oraz sałatki.

Tylko, na Boga, nie nazywajmy tego rewolucją.

Bo nasze babcie i mamy, przed Nowacką to już widziały.

#nowadietastołowkowa #Nowacka #Men #rozporządzenie