Człowiek czasami naprawdę nie nadąża za tym, co potrafi wymyślić współczesna lewica. Kiedy wydaje się, że granica absurdu została już przekroczona, pojawia się kolejny pomysł.

Minister, czy ministra lub jak mówiła o sobie ,,gościnia i gospodarka”, Barbara Nowacka, która najwyraźniej nie zamierza ograniczać się do reformowania szkoły, postanowiła zająć się także tym, co dzieci mają jeść. Pojawia się więc pomysł tak zwanej „diety planetarnej”.

Sama nazwa brzmi jak coś wyjętego z instrukcji obsługi kolonii na Marsie. Tylko że tu nie chodzi o science fiction. Chodzi o nasze dzieci.

I właśnie w tym momencie warto zadać proste pytanie: kto właściwie dał minister edukacji prawo do decydowania o tym, co ma znaleźć się na talerzu polskiego dziecka? Jakim prawem ktoś bez kompetencji chce o tym decydować?

Od wychowania dzieci są przede wszystkim rodzice. Od kwestii żywieniowych są lekarze i dietetycy, a nie jakaś nawiedzona Nowacka.

Żywienie dzieci jest od lat przedmiotem wielu badań naukowych. Wiemy, czego potrzebują rozwijające się organizmy, jak wygląda prawidłowo zbilansowana dieta i jakie są zasady zdrowego żywienia.
Ale najwyraźniej to wszystko jest za mało.

Potrzebna jest jeszcze „dieta planetarna”. Bo przecież dziecko nie jest już tylko dzieckiem. Jest najwyraźniej elementem wielkiego ideologicznego projektu przebudowy świata. Ma odpowiednio myśleć, odpowiednio mówić, odpowiednio rozumieć rzeczywistość i teraz jeszcze odpowiednio jeść.

Tylko dokąd my właściwie zmierzamy?

Państwo zaczyna coraz bardziej wchodzić w obszary, które przez całe pokolenia pozostawały domeną rodziny. Nowacka najpierw próbuje wychowywać dzieci według własnych ideologicznych recept, a teraz chce również urządzać im posiłki. Szkoła niech lepiej zajmie się jak najlepszym kształceniem dzieci.Trudno oprzeć się wrażeniu, że niektórzy politycy odlecieli już na orbitę. Tym razem dosłownie na planetarną.

Mam więc dla pani minister prostą propozycję. Skoro tak bardzo podoba się pani dieta planetarna, proszę ją sobie zachować i wprowadzić w swoim domu. Proszę się nią żywić i zachwycać i robić z siebie ciężką kretynkę w mediach. A dzieci zostawmy rodzicom.

Zamiast narzucać dzieciom dietę planetarną, niech pani minister odda im swoją dietę poselską. Dzieci będą zadowolone. Podatnicy również będą szczęśliwi, że nie będą musieli ze swoich podatków wspierać takich kretynizmów i utrzymywać takie ministry.