Faktura, która realnie istnieje tylko przy „dobrej pogodzie”.

Człowiek żyje tu, na dole, w świecie kabli, które czasem trzeba poprawić ręką, i internetu, który potrafi zniknąć akurat wtedy, gdy wysyłasz coś ważnego. A tymczasem państwo postanowiło wznieść się ponad tę zwyczajność i zamieszkać w chmurze — najlepiej takiej, której nawet nie jesteśmy właścicielami. I nagle okazuje się, że faktura, ten skromny dokument codzienności, zdarzyć się może, że będzie istniał tylko wtedy, gdy pogoda dopisze nie u nas, lecz w jakiejś serwerowni gdzieś za oceanem.

KSeF — czyli Krajowy System e-Faktur, mający być centralnym cyfrowym uchem i okienkiem rządu na każdy przejaw naszej aktywności gospodarczej — wszedł do naszej codzienności nie jak reforma, tylko jak pogodowy front znad Atlantyku: nikt go nie zamawiał, wszyscy o nim słyszeli, a kiedy już nadciągnął, to człowiek tylko patrzy w niebo i zastanawia się, czy parasol wystarczy. Bo państwo, proszę ja was, postanowiło przenieść się do chmury. Nie tej, co ją widać nad Beskidami, tylko tej, która stoi w jakimś klimatyzowanym hangarze, gdzieś między Oregonem a Irlandią. A obywatel? Obywatel stoi na ziemi, zadumany, bo próbuje zrozumieć, jak to możliwe, że jego faktura za 123 złote istnieje albo nie istnieje w zależności od tego, czy w Dublinie nie wymieniają bezpieczników. A księgowa w Naramie czy Roczynach nie wystawi faktury, bo serwer w Irlandii ma przerwę.

I tu zaczyna się piękny paradoks, który aż prosi się o komentarz zgryźliwy, ale życzliwy — taki, który Jasienica napisałby pewnie z lekkim uśmiechem pod wąsem. Bo oto państwo, które przez lata tłumaczyło, że Pegasus był zły, bo działał na zagranicznej infrastrukturze, teraz samo buduje system, który… działa na zagranicznej infrastrukturze. Różnica polega chyba tylko na tym, że w przypadku Pegasusa chodziło o obywatela, a w przypadku KSeF — o fakturę. A jak wiadomo, faktura w Polsce ma większą moc sprawczą niż niejeden obywatel.

Człowiek patrzy na to wszystko i myśli, że historia naprawdę lubi się powtarzać, choć czasem trzeba jej pomóc. Bo kiedyś państwo miało swoje archiwa, swoje piwnice i swoje szafy pancerne. Czasem coś zgubiło, czasem coś „zniknęło w wyniku reorganizacji”, ale przynajmniej było wiadomo, że to nasze zgubione. A dziś? Dziś państwo mówi, że wszystko będzie bezpieczne, bo zaszyfrowane. Tylko że szyfrować można różne rzeczy — nawet własną naiwność. Wcześniej ryzyko było rozproszone. Teraz jest uporządkowane. A uporządkowane ryzyko bywa po prostu… w skutkach bardziej opłakane.

A najbardziej rozczula mnie jednak ta wiara, że jak coś jest w chmurze, to jest niezniszczalne. Tymczasem wystarczy małe bum — nie cyberatak, nie sabotaż, zwykłe „coś się zawiesiło” — i nagle cała gospodarka stoi jak jeden mąż. Faktury nie wychodzą, księgowość płacze, przedsiębiorcy piją melisę, a państwo nie widzi, co się dzieje, bo jego cyfrowe oko akurat mruga. Kopie zapasowe? Oczywiście też w chmurze. Czyli klucz zapasowy trzymany w tym samym mieszkaniu, które może się spalić. Logika godna kabaretu, tylko że nikt się nie śmieje, bo wszyscy czekają na potwierdzenie odbioru.

Przecież przedsiębiorca nie boi się, że państwo zobaczy fakturę, bo państwo i tak ją może zobaczyć. Przedsiębiorca boi się czegoś innego: że jego tajemnica handlowa przestaje być tajemnicą, a staje się depozytem w jednym wielkim skarbcu, do którego klucze ma ktoś inny. Na fakturze nie ma tylko numeru i kwoty. Jest cała mapa firmy: kto kupuje, za ile, z jakim rabatem, kiedy płaci, kiedy przestaje płacić. I teraz ta mapa ma wisieć w chmurze jak pranie na wspólnym sznurku, z zapewnieniem, że „nikt nie dotknie, bo regulamin zabrania”. Przecież faktura to nie jakaś tam kartka. To mapa firmy. A mapy, gdy leżą w jednym miejscu, zawsze kuszą.

I tak oto dochodzimy do sedna: lekkomyślność ubrana w kostium mocarstwowej nowoczesności. Państwo zachowuje się jak prowincjonalny dziedzic, który zastawił rodowe srebra, by kupić sobie powóz, którego nie potrafi sam naprawić. A obywatel stoi obok, patrzy na to wszystko i wie swoje. Wie, że suwerenność kończy się tam, gdzie zaczyna się cudza serwerownia. Wie, że odpowiedzialność kończy się tam, gdzie zaczyna się abonament. I wie też, że w Polsce XXI wieku najstabilniejszą infrastrukturą pozostaje zeszyt w kratkę.

Gdyby Jasienica miał to skomentować, pewnie zanotowałby coś w rodzaju:
„W dziejach Polski często bywało, że państwo nie nadążało za obywatelami. Dziś po raz pierwszy obywatele nie nadążają za państwem, bo państwo odleciało do chmury, a oni zostali na ziemi — z butami znoszonymi od codziennego zabiegania”.

I trudno o trafniejszą puentę. Bo my tu, na dole, wciąż żyjemy w świecie, w którym prąd potrafi zniknąć na trzy godziny, a internet w sanatorium działa jak chce. A tam, na górze, ktoś naprawdę wierzy, że cała gospodarka może wisieć na kablu, którego nie trzymamy nawet w swoich rękach.

Ale cóż — taka nasza narodowa specjalność. Modernizacja bez fundamentów. Cyfryzacja bez refleksji. Nowoczesność bez odpowiedzialności. A potem i tak wszystko ratuje człowiek, który ma w szufladzie stary, dobry segregator. I ołówek, który działa nawet wtedy, gdy chmura ma przerwę techniczną.

Zbigniew Grzyb

z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄