Rektor pan wrócił z corocznego zjazdu wszystkich najważniejszych rektorów w Polsce. Z Bydgoszczy albo Radomia, sam dokładnie nie pamiętał, bo siedział na siedzeniu pasażera. Większą część trasy przespał. Siedział w swoim gabinecie posadziwszy naprzeciwko Woźnego. Tenże intensywnie wpatrywał się w jego oblicze jakby chciał coś z niego wyczytać.

– Masz tu dychę, kup mi byle szybko pół kilo ogórków kiszonych. – powiedział Rektor pan do Woźnego. Tylko żeby kwaśne były i nie za słone – krzyknął Rektor pan do Woźnego jak ten wsiadał właśnie do windy.

– Dobra, dobra, wezmę jakie będą – powiedział pod nosem Woźny, naciskając przycisk -1 w celu głębszego zrelaksowania się w garażu podziemnym, gdzie trwała nieustanna balanga. Część osób leżała na leżakach, a część tańczyła. Ci, którzy przebywali na leżakach mieli na sobie okulary przeciwsłoneczne, choć ani jeden promień słońca nigdy nie dotarł do garażu.

– Stary po ogórki mnie wysłał, i dychę dał. – zwierzył się na smutno Woźny Parkingowemu.

– A ile tych ogórków ma być? – zapytał Parkingowy.

– Nie chodzi o ilość, ale o kwaśność i niesolność. Rektor pan woli zjeść mniej, ale pożywniej. – powiedział Woźny.

– Mamy tu taką magiczną beczułkę, tak w kącie parkingu. Wkładasz pan do niej rękę i łowisz. Raz trafi się śledź, raz ogórek. Ale ten śledź jest prawie jak ogórek. Tylko się go na zielono pomaluje i będzie ogórkiem.

– A głęboko trzeba dłoń zanurzyć? – zapytał strapiony Woźny, gdyż właśnie pierwszego dnia był w służbowej marynarce z surowym zakazem zdejmowania jej pod żadnym pozorem.

– No tak z metr trzeba, bo się skubańce lubią trzymać blisko dna. Czasem nawet ugryzą. Trzeba uważać. – powiedział Parkingowy.

– Eeee, to nie będę ryzykować, lepiej do sklepu pójdę – powiedział Woźny.

Wtem Parkingowy szarpnął go za rękaw i powiedział:

– Ja tu jednego takiego studenta przeterminowanego mam. Pięć razy z rzędu nie zaliczył pierwszego semestru, ale się nie poddaje. Studiować chce bardzo. Ale on niskiego wzrostu jest, ale to nawet dobrze. Chwycisz go pan za nogi, zanurzysz głową w dół w beczułce, a on przebierając rękoma wyciągnie panu z dna co tylko pan zechcesz.

– Serio, tak traktujecie studentów niezaliczających semestru? – zapytał Woźny unosząc wysoko brwi.

– Sami chcą być tak traktowani – odpowiedział Parkingowy. – A studentki zwłaszcza – dodał uśmiechając się zbereźnie.

– A wy tu w ogóle macie jakiś regulamin tego parkingu? Z tego co mi wiadomo Rektor pan nawet nie wie o waszym istnieniu – zdumiał się Woźny nad osobiście wypowiedzianymi słowami.

– Na naszym parkingu nie obowiązują zasady ruchu drogowego, panuje albowiem całkowita anarchia. Taka władza wszystkich nad wszystkimi. I niewładza jednocześnie. Dlatego tak wielu chce tu być i nie być jednocześnie.

– Dobra, ale Rektor pan czeka na ogórki i już pewnie jest poirytowany faktem ich nieposiadania. Weź pan tego studenta zanurz w beczułce, niech coś wyłowi. Trójkę mu pan wpisz z mojego przedmiotu. Niech ma.

– Wpadaj pan częściej, jak widać, u nas jest wesoło, nie to co kilka pięter wyże bardzo smutno. – powiedział Parkingowy i pomachał na pożegnanie, wręczając Woźnemu śledzie udające ogórki. – Nie zorientuje się, zje i zaśnie, już ja go dobrze znam – zaśmiał się Parkingowy.