Pan Kazimierz nie żyje. Gdy umierał na raka miał sześćdziesiąt sześć lat. W przypływie lepszego humoru żartował, że to trochę diabolicznie i szatańsko się kojarzy. Potem niemal absurdalnie zaczął bać się czerwca. Przetrwał go jednak i dożył do piętnastego września, miesiąca, którego liczba jest odwróconą szóstką. To tak na marginesie.

Patrząc na statystyki przeżywalności, możnaby śmiało stwierdzić, że mógł pożyć dłużej. Z drugiej strony zrobił wiele, żeby skrócić sobie żywot.

Palił paczkę i więcej papierosów dziennie i wychodzi z tego około siedemdziesiąt „paczkolat”. Paczka dziennie przez rok to jeden paczkorok. Dwie paczki dziennie przez rok to dwa paczkolata. Resztę można sobie samemu obliczyć.

Za chwilę wrócimy do Pana Kazimierza, tylko na moment zróbmy pauzę dla pana Janusza. Postać prawdziwa i w tej pisaninie przypadkowa.

Żył kiedyś pewien pan Janusz. Elokwentny, inteligentny, dowcipny pan, którego nie sposób było nie polubić. Był pracownikiem naukowym na warszawskiej politechnice. Wykładał, prowadził zajęcia dla studentów, organizował dodatkowe spotkania i wyjazdy naukowe dla tych, co podzielali jego pasję. Kochał też wszelkie robótki związane z elektroniką, dlatego coś ciągle naprawiał, lutował i majsterkował. Był czas, gdy do tego lubił wypić alkohol. I wypił go naprawdę dużo, bo popłynął i przeplynął swoje morza i oceany, ale któregoś dnia uparł się i przestał. Z dnia na dzień i bez dodatkowej pomocy ze strony organizacji czy placówek dla alkoholików nie poszedł do sklepu po kolejną butelkę. Przestał, bo miał dość przymusu picia, gdy pije się nie dla przyjemnością, dla rauszu, dla nabrania odwagi i dla towarzystwa. Był na etapie, gdy pił sam i dlatego, żeby nie mieć tysiąckrotnego kaca czyli zespołu abstynencyjnego, gdy może dojść do powikłań typu padaczka czy „delirka”. Wtedy zaczął palić papierosy, a właściwie to zaczął ich palić więcej. Był mistrzem od noworocznych postanowień. Znał mnóstwo sposobów na ograniczanie, odstawienie, rzucenie, porzucenie i wypalenie ostatniego papierosa. Po przerwie wracał do nałogu i nadrabiał zaległości. Kiedyś z dumą przyznał, że ograniczył dzienną liczbę „fajek” do jednego pudełka. Szkopuł w tym, że kupował te po czterdzieści sztuk w środku. Zmarł, bo miał niewydolność płuc, a właściwie ich brak. Któregoś dnia stracił ostatni kawałek płuc do nabrania wdechu.

Na pogrzeb pana Kazimierza przyszło z setka ludzi. Był lubiany i na przestrzeni czterdziestu sześciu lat pracy w tym samym zakładzie od ciastek zdążył poznać i pożegnać dziesiątki osób. Byl lubiany za poczucie humoru, serwowanie najgłupszych z możliwych dowcipów, które trzeszczały niczym najstarsze i najgorsze suchary. Lubił pomagać, nauczać młodszych obsługi maszyn, ich napraw i usuwania drobnych usterek. Można było na niego liczyć, gdy potrzebne było zastępstwo, w razie nagłej choroby czy urlopu. W pracy był niezawodny, jakby stałe obecny, bo w razie kłopotów pojawial się ni stad ni zowąd. Nie wpadał w panikę, gdy przez dłuższy czas nie udawało się znaleźć przyczyny awarii. Był oceanem spokoju i zwykł szukać do skutku. W tym czasie inni potrafili wyjść z siebie i wypalić kilka papierosów. On zaś dłubał, grzebał aż znalazł.
Zachowywał pogodę ducha, a przy tym także spokój pomimo, że w życiu osobistym nie ułożyło mu się tak, jak chciałby mieć każdy z nas. Nie czuł się szczęśliwy i być może dlatego wolał pracować, spędzać czas poza domem i wśród innych osób spoza najbliższej rodziny. Nie opowiadał o tym. Może tylko czasem coś napomknął i stąd wiadomo było, że ma kłopoty. Pan Kazimierz wybrał strategię ucieczkową uznając, że lepiej zostać w pracy niż wracać do domu. Można się zastanawiać nad słusznością takiego postępowania. Łatwo kogoś oceniać i snuć dobre rady. Zresztą kto tego nie lubi i nie robi.

On był zbyt spokojny, uległy. Zaskorupienie się uznał za lepsze od innych rozwiązań.