Patrzę na polską politykę i mam nieodparte wrażenie, że ktoś pomylił scenariusze. Zamiast poważnego państwa dostaliśmy odcinek pilotażowy tragikomedii klasy B, w której wszyscy krzyczą, nikt nie słucha, a scenografię robi ktoś, kto nienawidzi tego kraju bardziej niż zdrowego rozsądku.
Bo jak inaczej opisać rzeczywistość, w której Minister Finansów dużego europejskiego państwa wychodzi przed kamery i mówi, że „dla takich chwil się żyje”, mając na myśli głosowanie przeciw choremu człowiekowi? Andrzej Domański, człowiek od liczb, rynków i pieniądza, postanawia zostawić na chwilę ekonomię i odpalić race na stadionie politycznej zemsty. W kraju z największą dziurą budżetową od lat. W kraju, gdzie NFZ praktycznie zbankrutował, bo dwa miesiące przed końcem roku skończyły się pieniądze na leczenie ludzi. Ale kogo to obchodzi — jest show, prymitywnych, chorych z nienawiści ludzi. Są emocje. Jest przeciwnik, którego można kopnąć na oczach widowni.
A skoro już o kopaniu — wchodzi Roman Giertych, z filmikiemi tekstem: „Zbyszku, wracaj”. I to mówi człowiek, który przez długi czas oglądał Polskę głównie z włoskiego krajobrazu, (uciekł jak szczur przed kotem)omijał wezwania prokuratury szerokim łukiem, a do kraju wrócił dopiero wtedy, gdy dostał ochronny parasol mandatu poselskiego i immunitetu. Dopiero wtedy granica przestała parzyć. Dopiero wtedy wezwania przestały straszyć. Ironia? Nie. To wyższy poziom chamstwa i bezczelności.
I tu mamy sedno problemu: to nie jest polityka. To nie jest debata. To nawet nie jest spór. To osobisty teatr małych ambicji, gdzie każdy gra pod publiczkę, a rekwizytem staje się państwo. Jedni mówią o budżecie jakby czytali przepis na rosół z torebki zupy blyskawicznej, drudzy udają trybuna ludowego sprawiedliwego, a w tle chory człowiek, Zbigniew Ziobro, staje się wygodnym statystą w przedstawieniu pt. „Komu bardziej zależy, żeby dowalić”.
I żeby była jasność: nie chodzi o to, kto ma rację w konkretnym sporze prawnym czy politycznym. Chodzi o to, kim trzeba być, żeby w środku państwowego chaosu, z rosnącymi długami, z instytucjami, które pękają w szwach, z gospodarką, która spada na samo dno— emocjonować się głównie tym, komu dokopać, a nie tym, co zrobić, żeby to wszystko się nie rozpadło.
To nie jest poważne państwo, to nie są poważni politycy.To jest państwo, które z powagą się mija jak pociąg z rozkładem jazdy. Państwo, w którym polityka zemsty i rewanżu zastąpiła rozmowę o przyszłości. Państwo, gdzie większe emocje budzi choroba człowieka niż choroba finansów publicznych. Państwo, w którym jedni żyją dla efektownych zdań, drudzy dla efekciarskich filmików, a lwia część kraju siedzi, patrzy i nie wierzy, że naprawdę musi to oglądać i jeszcze za to wszystko płacić.
Bo polityka, która żeruje na cudzej słabości, nie jest polityką odważnych. Jest rozrywką ludzi małych. Tych, którzy tylko z satysfakcją kopią innych. Nie dlatego, że mają rację — tylko dlatego, że na chwilę czują się więksi.
A Polska? Polska stoi z boku jak widz na spektaklu, który miał być dramatem o przyszłości, a wyszedł kabaret o mściwości.
I to jest właśnie najbardziej gorzkie. Nie spór polityczny.
Tylko jego poziom. Dlatego
powinno być jasne: kto świadomie i z premedytacją organizuje zamach na konstytucję — kto próbuje przejąć władzę poza prawem i pozbawić obywateli ich podstawowych wolności — musi ponieść najcięższe możliwe konsekwencje. W polskim porządku prawnym trzeba przewidzieć kary tak surowe, by zniechęcały do samej próby przewrotu, łącznie z możliwością przywrócenia najsurowszej sankcji przewidzianej w Kodeksie karnym. To nie jest pomysł bez precedensu: w dwudziestoleciu międzywojennym i w kolejnych porządkach prawnych państwa polskiego przewidziano najsurowsze sankcje za przestępstwa urzędnicze i zbrodnie stanu, łącznie z karą śmierci w określonych przypadkach.
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że przywrócenie kary śmierci dziś napotka poważne bariery prawne i międzynarodowe: Polska jest członkiem Rady Europy i Unii Europejskiej oraz ratyfikowała protokoły ECHR znoszące karę śmierci (m.in. Protokoły nr 6 i nr 13), co oznacza, że zmiana wymagałaby najpierw przewartościowania zobowiązań międzynarodowych albo renegocjacji ich zakresu.
Dlatego postuluję prosty, ale uczciwy w formie wniosek: otwórzmy publiczną, instytucjonalną dyskusję nad tym, jakie kary i zabezpieczenia prawne mają wiarygodnie odstraszać od zamachu konstytucyjnego, od zamachu stanu, bo Polska i Polacy są najważniejsi.
Zostaw komentarz