„Rządzić to znaczy przewidywać.”

Polska wobec próżni geopolitycznej. Między wycofaniem USA a testem narodowej odporności

Historia Polski uczy jednej, brutalnej prawdy: nie przegrywaliśmy dlatego, że byliśmy słabi, lecz dlatego, że w decydujących momentach nie potrafiliśmy poruszyć całego narodu. Maurycy Mochnacki, pisząc po klęsce powstania listopadowego, wskazywał na fundamentalną wadę Rzeczpospolitej – niezdolność przekształcenia mas społeczeństwa w świadomą, odporną i zdolną do działania wspólnotę polityczną. Dwieście lat później jego diagnoza brzmi niepokojąco aktualnie.

Jednocześnie zmienia się świat wokół nas. Stany Zjednoczone redefiniują swoje priorytety strategiczne, Europa Zachodnia pozostaje w stanie faktycznej demilitaryzacji, a Rosja – niezmiennie imperialna w swojej naturze – testuje granice odporności Zachodu. Polska znalazła się w punkcie przecięcia tych procesów. To moment, w którym zewnętrzna próżnia geopolityczna spotyka się z wewnętrzną słabością państwa i narodu.

Nowa strategia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych jasno pokazuje przesunięcie priorytetów w stronę Indo-Pacyfiku, z horyzontem potencjalnego konfliktu z Chinami około 2027 roku. W tej logice wojna w Ukrainie przestaje być konfliktem, który należy rozstrzygnąć, a staje się konfliktem, który należy zamrozić, by uwolnić zasoby na kluczowy teatr globalny.

Nie oznacza to formalnego opuszczenia Europy ani wyjścia USA z NATO. Oznacza jednak funkcjonalne ograniczenie amerykańskiej roli w konwencjonalnej obronie kontynentu. Ciężar odstraszania lądowego ma spocząć na Europejczykach, podczas gdy USA zachowują rolę gwaranta strategicznego i nuklearnego.

Dla Europy Zachodniej jest to niewygodne, ale nie egzystencjalne.
Dla Europy Środkowo-Wschodniej – w tym dla Polski – oznacza to utratę jednoznaczności odstraszania.

Zamrożenie wojny w Ukrainie nie jest stabilizacją. Jest:

czasem na odbudowę rosyjskiego potencjału,

sygnałem, że presja działa,

potwierdzeniem, że Zachód bardziej boi się eskalacji niż rewizjonizmu.

Rosja już w 2021 roku próbowała wynegocjować nowy porządek bezpieczeństwa w Europie – oparty na strefach wpływów i ograniczeniu suwerenności państw Europy Środkowo-Wschodniej. Wojna była kolejnym etapem tej samej strategii. Dziś, gdy znów pojawia się język „stabilizacji” i „dialogu”, Moskwa ma pełne podstawy uznać, że warto testować dalej.

Test nie musi oznaczać pełnoskalowej wojny. Wystarczy presja hybrydowa, ograniczony kryzys, demonstracja siły – sprawdzenie, czy NATO zareaguje szybko, jednoznacznie i wspólnie.

Historia Europy pokazuje, że osłabienie jednoznacznego gwaranta siły tworzy próżnię, nawet jeśli formalne struktury nadal istnieją. W takich warunkach wracają:

– rewizjonizmy historyczne,

– spory o strefy wpływów,

– próby „porządkowania” peryferii w imię stabilności centrum.

Jeśli po 2027 roku amerykańska obecność konwencjonalna w Europie zostanie istotnie ograniczona, a Europa Zachodnia pozostanie faktycznie zdemilitaryzowana, dyskusja o nowym ładzie europejskim stanie się realna. Nie w formie traktatu, lecz w praktyce politycznej.

Niepokojącym sygnałem są powracające w zachodniej debacie publicznej narracje relatywizujące historię – w tym wypowiedzi części polityków AfD pozytywnie odnoszących się do paktu Ribbentrop–Mołotow. Równolegle Rosja coraz częściej mówi o Polsce, „korytarzu kaliningradzkim” i rzekomych „niesprawiedliwościach geopolitycznych”. To nie są przypadki. To przygotowywanie gruntu.

Dla Stanów Zjednoczonych Rosja jest zagrożeniem regionalnym.
Dla Polski Rosja – niezależnie od ustroju i nazwisk – pozostaje zagrożeniem egzystencjalnym.

Rosja jest tym samym organizmem imperialnym, który:

– uczestniczył w rozbiorach,

– szedł na Warszawę w 1920 roku,

– dokonał IV rozbioru w 1939,

– podporządkował Polskę po 1945 roku,

– dziś niszczy Ukrainę i testuje odporność NATO.

Zmieniają się epoki, nie zmienia się logika: ekspansja albo upadek.

Polska już jest polem działań hybrydowych: dywersji, presji migracyjnej, dezinformacji, ataków na zaufanie społeczne. Rosja uderza tam, gdzie jesteśmy najsłabsi – w nasze podziały, cynizm, wojnę plemienną.

I tu wracamy do Mochnackiego.

Największym zagrożeniem nie są dziś rosyjskie czołgi, lecz społeczeństwo pozbawione wiary w państwo i państwo pozbawione zaufania narodu. Naród wewnętrznie skłócony przegrywa wojnę, zanim padnie pierwszy strzał.

Wobec możliwej próżni geopolitycznej Polska musi działać na dwóch poziomach jednocześnie.

Zewnętrznie – rozwijać politykę Międzymorza opartą na realnych sojuszach regionalnych:

– ze Szwecją i Finlandią na północy,

– z Ukrainą jako kluczowym buforem,

– z Turcją jako graczem Morza Czarnego.

Nie jako alternatywę dla NATO, lecz jako zwiększenie kosztu agresji w okresie niejednoznaczności.

Wewnętrznie – zakończyć wojnę plemienną i odbudować odporność narodową:

– edukację obronną,

– obronę cywilną,

– przygotowanie społeczeństwa na kryzys,

– reformę państwa zdolnego działać szybko i zdecydowanie.

Strategia USA oparta na założeniu, że możliwe jest „ustabilizowanie” relacji z Rosją w Europie przy jednoczesnym skupieniu się na rywalizacji z Chinami, opiera się na błędnej separacji teatrów geopolitycznych. Eurazja jest systemem połączonym. Rosja nie jest problemem regionalnym, a Chiny nie są problemem wyłącznie azjatyckim. Ich współdziałanie – nawet nieformalne – bezpośrednio podważa globalną pozycję USA jako mocarstwa morskiego.

Rosja wkomponowana w europejski system bezpieczeństwa, z odbudowanymi wpływami w strefie brzegowej Eurazji – od Morza Śródziemnego po Arktykę i regon GIUK – nie „uspokaja” sytuacji międzynarodowej. Taka Rosja zamyka USA dostęp do kluczowych węzłów projekcji siły, zmusza je do reaktywnej strategii i w dłuższej perspektywie zwiększa prawdopodobieństwo wielkiej wojny, zamiast je zmniejszać. To dlatego USA postulowały nie tak dawno potrzebę włączenia Grenlandii pod ich kontrolę, co ma ścisłe powiązanie i sens geostrategiczny.

Krytycy wskażą, że w nowej strategii USA podkreślono, iż państwa Europy Środkowo-Wschodniej wypełniają zobowiązania sojusznicze i pozostają ideologicznie spójne z Waszyngtonem. To prawda – ale nie jest to argument strategiczny, lecz polityczny.

Historia relacji międzynarodowych pokazuje jasno:

Mocarstwa nie rezygnują z długofalowych interesów strukturalnych dlatego, że sojusznicy są lojalni. Lojalność nie zastępuje geopolityki. Spójność ideologiczna nie zmienia mapy, chokepointów ani relacji sił.

Dlaczego „ścisły sojusz z USA” nie wystarcza

Twierdzenie, że strategicznym interesem Polski jest wyłącznie ścisły sojusz z USA, jest niepełne, a przez to niebezpieczne. Sojusz jest narzędziem, nie strategią samą w sobie. Jeśli interesy globalne USA i interesy egzystencjalne Polski zaczynają się rozchodzić – a w warunkach koncentracji USA na Indo-Pacyfiku jest to możliwe – państwo pozbawione autonomii myślenia strategicznego staje się przedmiotem, nie podmiotem polityki. Dlatego nie ma nas przy rozmowach pokojowych dotyczących zakończenia wojny na Ukrainie. Każdy wie doskonale, że jesteśmy strategicznym sojusznikiem USA, który w odniesieniu do samej wojny stawia nierealne propozycje jej zakończenia. Zatem taki kraj jest zbędny w negocjacjach bo nie ma żadnego wpływu na zmianę sytuacji strategicznej, co widzimy obecnie. Inaczej byłoby, gdybyśmy już dawno wybrali politykę jaką prowadzi Turcja, ale my woleliśmy uwierzyć w „koniec historii” i zamiast budować samodzielność strategiczną w strukturalnym wymiarze, to woleliśmy przeprowadzać procesy konwergencji strukturalnej i budowanie systemu bezpieczeństwa w oparciu o założenie fundamentalnie naiwne, że silne sojusze zapewnią nam strategiczne bezpieczeństwo. Podobnym złudzeniom ulegliśmy w 1939 r., kiedy daliśmy się wciągnąć w grę Brytyjczyków, a która zakończyła się tragedią narodu polskiego.

W tej sytuacji Polska powinna działać jak Piłsudski w latach 1918–1919:

formalnie utrzymując poprawne relacje z mocarstwami,

deklarując lojalność wobec sojuszy,

a jednocześnie samodzielnie, konsekwentnie i ofensywnie zabezpieczając własne interesy regionalne, zanim zrobią to inni.

Nie chodzi o zerwanie z USA.

Chodzi o to, by nie uzależniać własnego bezpieczeństwa od cudzych kalkulacji, które mogą się zmienić szybciej, niż zmienia się rzeczywistość geopolityczna.

Polska nie stoi dziś przed wyborem: „USA albo samodzielność”.
Stoi przed wyborem: realizm albo iluzja.

W świecie powracającej polityki siły, próżni geopolitycznych i rywalizacji mocarstw, przetrwają te państwa, które:

– rozumieją strukturę systemu,

– nie mylą deklaracji z gwarancjami,

i potrafią działać samodzielnie, zanim zostaną zmuszone do reakcji.

„Polska jest narodem, który przegrywa wtedy, gdy jest rozbita, i wygrywa, gdy prawidłowo ocenia rzeczywistość i potrafi się zorganizować”