Życie człowieka naukowego nie jest łatwe. Każdego dnia musi się on bić z własnymi myślami, z którymi się fundamentalnie nie zgadza. I ukrywać przed światem schizofrenię bezobjawową. I napady padaczki mentalnej. Generalnie jest pod górkę, a do tego trzeba pracować naukowo i co gorsza dydaktycznie. Wykłady są co do zasady nudne i trzeba opanować nawyk ziewania przy mówieniu.

W licznym gronie wykładowców znajdują się ludzie wrażliwi i nieobojętni. A nawet przewrażliwieni i czuli. Na naszym uniwersytecie stanową 15-20% ogółu zatrudnionych. Jeden z nich stał się wyjątkowo rozpoznawalny. Gdy tylko miał zmierzyć się z pytaniem ze strony studentów, na które nie znał odpowiedzi lub znał ją, ale nie chciał odpowiedzieć, raptownie wybiegał z sali wykładowej i wchodził na czubek drzewa.

– Tutaj, na wysokości, gdzie wiatr kołysze, w dupie mam te ich złośliwe pytania. Jakby zmapowali mój mózg i wiedzieli co wiem, a czego nie wiem. Zwykli sadyści. To już wolę tych wiecznie śpiących. Gdybym tylko takich miał mógłbym rozmawiać sam ze sobą. I byłoby mi za to płacone.

Człowiek naukowy siedział na drzewie już drugą godzinę a tłum studentów ciskał w niego kamieniami i patykami, aby zszedł. Znajdował się jednak dostatecznie wysoko, bo ciskane w jego stronę przedmioty nie dolatywały.

– Precz z wykładowcami-bojąkami – skandowała młodzież studencka. – Hańba uciekinierom nadrzewnym! – wrzeszczała przez megafon nienaturalnie pobudzona studentka II roku.

W tym czasie Woźny, który niedawno umarł, zadzwonił do Lasów Państwowych życzliwie poinformował, że na jednym drzewie od trzech godzin siedzi pracownik naukowy.

Przyjechała Straż Leśna i przez jakiś czas nawoływała pracownika do opuszczenia drzewnostanu. Ale on nie posłuchał i wówczas pracownicy Lasów Państwowych dobyli proce i poczęli ciskać zeszłorocznymi szyszkami pracownika naukowego.

No i on spadł z dużej wysokości. I umarł, bo złamał w kilku miejscach kręgosłup. A przypomnijmy, że na to drzewo uciekł przed pytaniami, na które nie znał odpowiedzi lub znał jedynie częściową.