Kolega mojej mamy wybrał się na duże zakupy. Duże, bo chodziło o lodówkę i pralkę, a więc sprzęt gabarytowo obszerny i pokaźny.
Oglądał, przegladał, wybierał, przeliczał, porównywał, aż wreszcie wybrał. Z własnego doświadczenia wiem, że sprawa do łatwych nie należy. Nie tak dawno temu szukałam ekspresu do kawy. Po otwarciu internetów zalała mnie fala ofert niemalże potopowa, w której płynęły modele małe, duże, wypasione, o różnym kolorze, z dodatkami lub bez nich, które robiły tyle rodzajów kaw, że nazw nie sposób spamiętać. Analizowalam wszystko aż do wybuchu potężnej migreny i wtedy wyzwoliła mnie z otchłani rozpaczy pewna pani Ania. Napisała, co wybrać, a ja posłuchałam i bez dyskutowania kupiłam.
Wracając do naszego bohatera opowieści.. I jego zakres oferty powalił na łopatki. Wiedział, że wybór jest duży, a czasy stania w kolejce pod sklepem w oczekiwaniu na dostawę towaru dawno już za nami, ale skala go przerosła. Ów znajomy dobrze pamięta tamte czasy, bo ma swoje lata. Bliżej mu do osiemdziesiątki niż siedemdziesięciu lat życia, ale umysł ma nadal trzeźwy i liczyć potrafi. A propos liczenia, to trochę skąpy jest i gdyby można było oglądać każdy pieniądz z trzech lub czterech stron, to on by to zrobił. (No dobra, dobra.. Oczywiście, że ma do tego prawo, po drugie to jego kasa, a po trzecie nic mi do tego).
Wracając więc do tematu, w końcu wybrał towar, wskazał upatrzoną lodówkę i pralkę, po czym przyszło do najmniej przyjemnej dla nas kwestii płacenia. Pan sprzedawca pochwalił wybór, podkreślił razy kilka klasę i jakość sprzętów. Utwierdził klienta w słuszności wyboru, uśmiechał się i przymilał osaczając go, by ten nie wpadł czasem na pomysł ucieczki do innego sklepu. Można sobie wyobrazić jak klepie go po ramieniu i chwali, i buduje więź, i powtarza z przymilnym uśmiechem pełnym odgrywanej sympatii komplementy, pochwały i inne miłosne niemal zaklęcia. Jednocześnie jak sęp osaczał ofiarę w oczekiwaniu na akt opłacenia towaru. Bo po nim można umrzeć! Oby tylko zostawił gotówkę!
Wreszcie doszło do oczekiwanego aktu płacenia. Nasz bohater wyciągnął kasę pytając, ile ma zapłacić. Nie będąc w ciemię bity przeliczył w myślach kwotę, ale nie wypadało nie zapytać.
Sprzedawca uśmiechnął się szerokim uśmiechem z nutą fałszywej szczerości i rzekł: „do zapłacenia jest ( tu pada kwota). Ma Pan PRAWIE czerysta złotych rabatu”.
– „Ale jak to? Mnie wychodzi sto dwadzieścia!?!” Zauważył rezolutnie kupujący.
Na to sprzedawca: „no właśnie to powiedziałem. PRAWIE czterysta złotych rabatu”.
Ps. Historia fabularyzowana, ale prawdziwa.
Obraz Adam Górka z Pixabay
Zostaw komentarz