Zamieszkał tuż obok Białego Domu, a w oknie jego rezydencji zawisła biało-czerwona flaga. To obrazek symboliczny – Polska w sercu amerykańskiej stolicy, w sąsiedztwie najważniejszego ośrodka decyzyjnego świata. Nie ma w tym przypadku – to gest pokazujący rangę wizyty, obecność, której nie da się zbagatelizować.Bo taka właśnie jest ta podróż – rangi państwowej, strategicznej, pełnej politycznych znaczeń.

W świecie, gdzie każdy szczegół protokołu dyplomatycznego liczy się jak znak interpunkcyjny w deklaracji międzynarodowej, fakt, że biało-czerwone barwy załopotały tuż obok Białego Domu, mówi więcej niż niejeden komentarz. Polska przestaje być tylko petentem, staje się graczem, którego głos musi być słyszany.I na tym tle jakże groteskowo wypadają nasi „dyplomaci z tektury”.

Kierownik polskiej placówki w Waszyngtonie, niejaki Bogdan Klich, człowiek bez kręgosłupa, zredukowany do roli dekoracji – nawet nie pojawił się, by powitać prezydenta własnego państwa. Tak wygląda cała ta „europejska elita” – pełna buty wobec własnych obywateli, a w kluczowym momencie zamieniająca się w tchórzliwe cienie. Czy można sobie wyobrazić większą kompromitację?

Prezydent Polski w stolicy świata, a przedstawiciel RP – zamiast stać u boku głowy państwa – kryje się jak ostatni szmaciarz. To nie jest tylko gafą dyplomatyczną. To symbol zdrady mentalnej, bo w oczach takich ludzi prezydent Nawrocki nie jest „ich prezydentem”. Ich prezydent siedzi w Berlinie albo w Brukseli.

Tymczasem w Waszyngtonie widać jasno: Polska to nie załącznik do niemieckiego podręcznika i nie pionek w europejskiej biurokracji. Polska ma głowę państwa, który wiesza flagę obok Białego Domu i rozmawia na najwyższym szczeblu.

Różnica?

Warto się jej nauczyć, zanim historia rozliczy wszystkich klichów tego świata.