Wczoraj znów ją spotkałem i poprosiłem o komentarz do wizyty Nawrockiego w USA. Łypiąc na mnie pionowymi źrenicami rzekła, że to jakaś hucpa, że prezydent RP prowadzi równoległą do rządu, politykę zagraniczną.

Generalnie, to ona politykę ma w d…e, ale od czasu do czasu, jak ją coś wnerwi to pluje, a gdy się ją dotknie to zieje odorem czosnku.
Jakbym był wampirem.
Może jestem, tylko o tym jeszcze nie wiem.

Wczoraj, po uczcie z pająków i innych robali, wylazła ze swojej kryjówki w podniesionej grządce gdzie zalega, zagrzebana w glebie, całymi miesiącami i najedzona, miała ochotę na pogawędkę.

Choć nie czyta gazet i nie ogląda tv wie doskonale co się w warszawskiej wsi dzieje.
Ma tam, w ogrodzie, za Pałacem Prezydenckim, swoje kumpelki, które jej donoszą co się w nim dzieje.

A tam, od rana do wieczora, doradcy Nawrockiego mu kadzą i radzą. Jak ostatnio Trumpowi jego otoczenie.

Że jest prezydentem-słońce, że Polska to on, że jest potężny, wszystko może i dlatego może mieć w nosie Tuska i Sikorskiego.
Co się przełożyło na to, że w pielgrzymce do Trumpa, w jego otoczeniu nie ma nikogo z MSZ.

Bo w sumie po co – szepczą mu pałacowi dostojnicy – jakiś wraży szpion z Alei Szucha w orszaku Najważniejszego Polaka.

I wbijają mu do głowy, że konstytucja się myli co do prerogatyw prezydenta w tym obszarze.

On tylko rządzi i mąci. Nie rząd.
Przecież już Adrian, zwany przez dziesięć lat prezydentem, miał konstytucję w d..e.

I co ?
I gucio?
Nic się mu nie stało.
Skoro on tak robił, to Najjaśniejsza Gwiazda na polskim firmamencie też tak może.

A teraz na poważnie.

Nie da się serio komentować tej błazenady dworaków Nawrockiego i jego samego.

Bo jeśli mówisz, tupiąc nogami, że jesteś najważniejszy, to znaczy, że masz kompleksy, nad którymi należy popracować.