Na początku stycznia polskie miasta znów zobaczyły coś, co dla jednych jest oczywistością, dla innych, niemal kulturowym skandalem. Procesje Trzech Króli. Tysiące ludzi. Rodziny z dziećmi, starsi, młodzi, chorągwie, kolędy, wspólnota.
I paradoksalnie – częściej zachwycają się tym ci z zewnątrz niż część tych, którzy mieszkają tu na stałe.

Na świecie, zwłaszcza w Zachodniej Europie, takie obrazy budzą zdumienie i zazdrość. „U was to jeszcze żyje” -mówią. „U was ludzie jeszcze wychodzą razem, bez wstydu, bez ironii”. Bo tam tradycja została już dawno zepchnięta do muzeum, a religia do prywatnego kąta, najlepiej bez okien. Tam wspólnota została zastąpiona procedurą, a tożsamość- regulaminem.

Tymczasem w Polsce… w Polsce mamy dwa społeczeństwa.

Jedno – to to, które idzie. Nie zawsze idealne, nie zawsze święte, często poranione, czasem pełne wątpliwości. Ale idzie. Z dzieckiem na barana, z flagą, z pieśnią, która była śpiewana przez dziadków i pradziadków. Idzie, bo wie, że bez zakorzenienia nie ma przyszłości. Że naród, który przestaje świętować to, co go ukształtowało, zaczyna powoli znikać i się degenerować.

Drugie społeczeństwo stoi z boku. Czasem szydzi, czasem udaje obojętność, czasem reaguje agresją. To społeczeństwo „nowoczesne”, „odklejone” od tradycji, sowietyzowane w myśleniu o kulturze,bo traktujące religię nie jako źródło cywilizacji, lecz jako problem do zarządzania. Skolonizowane mentalnie, bo wstydzące się własnej historii, własnych symboli, własnych rytuałów. To społeczeństwo mówi: „To obciach”, „To średniowiecze”, „To nieeuropejskie”. Jakby Europa nie wyrosła dokładnie z tego samego źródła. Jakby katedry nie były fundamentem miast. Jakby uniwersytety nie rodziły się przy klasztorach. Jakby pojęcia godności, osoby, wolności sumienia spadły z kosmosu, a nie z chrześcijaństwa.

Procesje Trzech Króli nie są problemem. Są papierkiem lakmusowym. Pokazują, kto jeszcze rozumie, że kultura to nie jest kostium do założenia na festiwal, ale coś, co się dziedziczy i przekazuje. Że tożsamość nie polega na nieustannym odcinaniu się od przeszłości, tylko na dialogu z nią. Że bez symboli, rytuałów i wspólnych znaków zostaje tylko tłum jednostek, łatwy do sterowania.

Dlatego te procesje są tak niewygodne dla niektórych. Bo przypominają, że Polska to nie tylko projekt administracyjny, nie tylko terytorium, nie tylko „społeczeństwo obywatelskie” z broszury. To wspólnota pamięci, wiary, języka i sensu.

I można się od tego odwrócić. Można to wyśmiać. Można próbować wykorzenić.
Ale nie da się uczciwie zaprzeczyć, że właśnie tam, na tych ulicach, w tych kolędach, w tej obecności, wciąż bije jedno z ostatnich żywych serc polskiej tożsamości.

Fot. KPRP