Po tym, jak zamknęli nam granicę w Cieszynie, czytaj: po raz pierwszy po 30 latach mosty okupowane tym razem przez służby sanitarne (nie wojskowo-policyjne) znów zaczęły dzielić, niektórzy poczuli dyskomfort na granicy szaleństwa, jeszcze inni zwęszyli okazję do zaistnienia medialnego i wyrwania się z cieszyńskiego zaścianka bedącego, co podkreślają i jedni, i drudzy najprawdziwszym sercem i centrum Europy, jeśli nie wszechświata i w ogóle.

Pierwszy tydzień od zamknięcia granicy zastanawiałem się, co znani z chęci zaistnienia w szerszym kontekście medialnym, wykręcą. A takich akurat u nas nie brakuje, i trzeba przyznać, że czasem miewają fajne, względnie tylko skuteczne pomysły.

Czekałem patrząc w oczy strapionym polskim kloszardom, dla których właśnie skończył sie magiczny świat zielonych butelek. Przypis: zielone butelki to synonim dwulitrowych napojów alkoholowych o voltażu ok. 12% , udających wina gronowe, sprzedawane po czeskiej stronie miasta po ok. 7 zł (czyli 3,5 za litr). Jedna taka butelka na dwóch kloszardów stawała się biletem do lepszego świata na ok. 5-6 godzin, czasem dłużej w zależności od stanu rozkładu wątroby, która jak wiadomo sama nie zawoła o pomoc. Chodzą słuchy, że ci spośród nich (kloszardów), którzy zostali po czeskiej stronie, jakby wygrali w toto-lotka. Trzeba było wiedzieć tylko, kiedy zostać po właściwej stronie.

Czekałem patrząc na twarze sprzedawców ziemniaków (cz. brambory) po prawej stronie Olzy. Patrzyli, i patrzyli a rzekomo świeże (čerstve) ziemniaki zakwitały niczym polne kwiaty spragnione wiosennego słońca. A z takich warzyw to i bimbru nie zrobisz.

Czekałem patrząc tęskno przez most na Vinotekę oddaloną ode mnie 100 metrów, w której dojrzewały Palava, Chardoney i Rizlink, w towarzystwie dojrzewających holenderskich serów i greckich oliwek. Śpiewały niczem antyczne syreny, ale mi nie było wolno tam pójść.

Jak zanosiło się na deszcz, to słyszałem tukot pociągu z Koszyc do Pragi. Zawsze przed deszczem idzie echo z dworca w Czeskim Cieszynie pod moje okna. Oczami wyobraźni widziałem te setki Cyganów stłoczonych w przedziałach, każdy z maską na twarzy, uciekających ze wschodu na zachód (bo od 1000 lat uciekało się w takim kierunku). I widziałem też zamkniętą Nádražní Restaurace zamkniętą na cztery spusty. I zwietrzałe piwo Radegast i zepsute utopence.

Cieszyn stał się na powrót nie tylko prowincją, ale i gettem ludzi skoszarowanych wg obywatelstwa, pozwoleń na pracę, szczepień itp.

Wracając do wątku początkowego, jakkolwiek kibicuję tego typu happeningom, szkoda, że i jedni (Polacy) i drudzy (Zaolziacy), zapomnieli o sobie nawzajem. Ta akcja, która po polskiej stronie była adresowana tylko do Czechów, mimo, że po drugiej stronie znaczący odsetek ludności stanowią nasi Rodacy, w moim przekonaniu – może nieświadomie – ale przyczynia się do budowania pomnika Zapomnienia o polskości Zaolzia.

Po tym koronawirusie nie będzie już polskiego Zaolzia. Dzięki zakompleksionym kosmopolitom z Cieszyna.

Czytaj na teamt izolacji tutaj.

Fot. Szymon Brandys

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.