Wczoraj wieczorem, po tym jak zjadłem spagetti obficie przyprawione ziołami przywiezionymi z Bałkanów, poczułem takie przedziwne swędzenie mózgu połączone ze stopnionym znużeniem, które skończyło się na tym, że wcześniej położyłem się spać.
Nie wiem, co to były za zioła i przyprawy, ale po zaśnięciu zaczęła sie prawdziwa karuzela snów. Odwiedziłem tysiąc miejsc i spotkałem się z niezliczonym tłumem ludzi.
Sen nr 1.
Przyjeżdżam na zaproszenie dziekana Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, swoim Srebrnym Szerszeniem i zatrzymuję się przed bramą wjazdową na Krakowskim Przedmieściu. Dziekan wita mnie serdecznie i prosi, żebym zaparkował auto u niego na wydziale. Nie wiem dlaczego, ale zrozumiałem, że mam zaparkować wewnątrz budynku. Ponieważ nie udalo mi się doń wjechać, zawołałem studentów, co siedzieli na ławce, żeby pomogli mi wnieść bokiem Szerszenia na wydział. I tak weszliśmy najpierw przed portiernię. Portier na to: „panie, co Pan!?” Odpowiedziałem mu, że niczego nie rozumie, i jak zrobi tytuł profesorski to sobie porozmawiamy, a tymczasem ze studentami wnieśliśmy Szerszenia na III piętro budynku. Ewidentnie tam nie pasował, utrudniał przejście, więc zapytałem dziekana, czy na pewno tu miałem zaparkować. A on na to, że nie, bo na tyłach budynku jest miejsce, ale jak już jest, to niech zostanie. Potem dołączyłem do reszty zgromadzonych i do północy piliśmy herbaty. Ja wypiłem chyba z dziesięć. Nawet nie pamiętam o czym rozmawialiśmy, bo woń i aromat tych herbat unosił me myśli w bliżej nieokreślonej przestrzeni.
Sen nr 2.
Jestem na posiedzeniu jakiejś ważnej rady, na której wiele się decyduje. I podchodzą do mnie co i rusz takie małe delegacje, abym napisał im pozytywną recenzję. Pytam ich, ale w jakim przedmiocie, czy chodzi o procedurę awansową, wniosek o otwarcie kierunku studiów, o zatrudnienie na stanowisku. Ale wszyscy odpowiadają, że wystarczy taka ogólna opinia z moim podpisem i jednoznacznym stwierdzeniem, że popieram i wnioskuję. Że to wystarczy. Drążę jednak temat i pytam wszystkich po kolei, do jakiego dobra ma ona się przyczynić, a wszyscy odpowiadają, że „do naszego”. Ale ta naszość ma chyba jakieś granicę, pomyślałem i odpowiedziałem wszystkim, że potrzebuję czasu do namysłu. No i że generalnie jestem zmęczony recenzowaniem innych i muszę bardziej skupić się na sobie.
Sen nr 3.
Jestem na wycieczce ze studentami w Ostrawie. Błąkamy się po mieście bez celu. W pewnym momencie odkrywamy, ze w centrum miasta jest wielka pustynia z takim drobnym białym piaskiem. Brniemy przez nią już pół dnia, a studenci narzekają, że chcą z powrotem do Warszawy. Pytam miejscowych pustynnych Czechów, którędy do dworca głównego, albo chociaż do Svinova lub Bogumina. Wszyscy odpowiadają, że trzeba iść w lewo, i cały czas w lewo niezależnie od sytuacji i to niezależnie od miejsca, w którym im zadawałem pytanie. Wpadam wówczas na pomysł, że wsiądziemy wszyscy do jakiegoś pobliskiego tramwaju i będziemy tak długo nim jeździć zanim nie zobaczymy dworca. Ponieważ ten przejazd nie był uwzględniony w kosztach wycieczki zmuszony byłem zrozbić zrzutkę do kapelusza. Studenci wrzucali do niego nie tylko różne kwoty pieniędzy w różnych walutach, ale i jakieś drobiazgi, pamiątki, a także resztki żywności. Potem jeździliśmy tym tramwajem jakieś 5 godzin, bez biletu, bo nie potrafiłem zamienić efektów zbiórki w bilety tramwajowe. Dworca jednak nie mijaliśmy. Do Warszawy nie dojechaliśmy
Sen nr 4.
Byłem na jakimś premierowym pokazie filmu, ale zasnąłem zanim się zaczął.
Jutro jeszcze raz sprawdzę tę przyprawę i jakby co, dam znać.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz