Nie minęły trzy dni a Węgier bez nogi jak zbity pies wrócił do Parku Pokoju w Cieszynie kładąc się u podnóża pomnika Leopolda Szersznika. Tak żeby go wszyscy widzieli. Jakby obnosząc się swoim bólem. Wyraźnie cierpiał, coś mamrocząc pod nosem.

– Popatrz mamusiu jak on słodko mruczy po wielkowęgiersku – powiedziała 6 letnia dziewczynka z dużą czerwoną kokardą na głowie.

– Nie, drogie dziecko, to jest w dialekcie szeklerskim, a Szeklerzy to tacy górale węgierscy. Są półdzicy. Może mieć wściekliznę, nie dotykaj – powiedziała i obydwie poszły w stronę cukierni „Bajka”.

– Panie Węgier – powiedziałem, delikatnie kopnąwszy go w lewy bok – nie możesz tak tutaj leżeć. Nasze menele urzędują zasadniczo pod Kauflandem. Tam jest miejsce na takie zachowania i sytuacje, ale nie w centrum miasta. Historycznego – dodałem.

– Nawet do Budapesztu nie dojechałem – westchnął ciężko.

– Wiem, bo dzwonił niejaki Attila Zsilinszky i pytał o pana. Powiedziałem mu, że trzy dni temu wypuściliśmy pana z Parku Pokoju i pognał pan jakby na dwóch nogach od razu na dworzec w Czeskim Cieszynie. I że bilet na pociąg do Budapesztu drukował się już panu w myślach. To ten Zsilinszky mówił mi, że pan nie dojechał. Co się stało? – zapytałem.

– Niepotrzebnie jechałem przez tą cholerną Żylinę. Tam wywąchali mnie ci zasrani Kotlebowcy, wie pan ci półjaskiniowi nacjonaliści słowaccy. To trochę pańska wina, bo oni czytają wszystkie pańskie wpisy na fejsbuku. A tam było jak wół napisane, że nienawidzę Słowaków. I oni na tym dworcu do mnie wykrzykują – ty wielkomadziarska gnido, rozdepczemy cię na słowackiej ziemi. Szczęśliwie rozdzielił nas wówczas przejeżdżający pociąg, w którym jechały tysiące wschodniosłowackich Romów do Czech, Niemiec i Francji.

– I co potem było? – zapytałem.

– Potem dostałem kilka razy w ryj i dwa kopy w brzuch – powiedział. Najgorsze jednak było to ich szeleszczenie. Język słowacki jest nie do zniesienia. Powinno się go zakazać.

– Ale ostatecznie zostawili pana i mogłeś pan jechać dalej? – ciągnąłem to nieoficjalne przesłuchanie.

– Ostatecznie, mocno poturbowany mogłem jechać dalej. Udało mi się zająć przedział dla niepełnosprawnych zwyczajowo okupowany przez Romów i częściowo wylizać się z odniesionych ran. Jak pies, rozumie pan, jak pies!

– No to dlaczego nie dojechałeś pan do Budapesztu? – dopytywałem.

– granicę przekroczyliśmy ok. 18:00, powietrze w Komárom było znacznie lepsze niż Komarnie. Wiadomo, wielkowęgierskie i ten widok pomnika turula. Serce rosło, rany przestały boleć. Ale na jakieś 10 kilometrów przed Budapesztem pociąg nagle zatrzymał się w pustym polu i weszło do niego kilku mężczyzn. Na rękach mieli opaski przedstawiające kontur wielkich Węgier. Wszyscy z wąsami. Zresztą bardzo podobni do Kotlebowców. Na początku tylko sprawdzali dokumenty, a jak ktoś odpowiadał w obcym im języku, najstarszy z nich robił się czerwony na twarzy z gniewu i krzyczał: fogd be te nem magyar disznó! (milcz ty niewęgierska świnio!). Papiery miałem w porządku, miałem przy sobie legitymacją Związku Wielkowęgierskiego, oskładkowaną na kilka lat do przodu. Dla lepszego uwuarygodnienia. Za rok byłby koniec świata, ale składki byłyby nadal opłacone.

– To dlaczego nie wjechał pan do Budapesztu? – zapytałem.

– A teraz sprawdzimy, kto może wjechać do naszej wielkiej madziarskiej stolicy, pierwszego na kontynencie miasta z metrem. – krzyknął dowódca straży i zarządził egzamin ustny – powiedział Węgier bez nogi. – Dwie godziny podawałem im węgierskie nazwy miejscowości na Słowacji, Rumunii, Serbii a nawet w Chorwacji, Słowenii i Austrii. Prawdziwi sadyści, jakby szukali dziury w całym. Ostatecznie przegrałem wie pan na jakiej miejscowości?

– No jakiej? – byłem ciekaw.

– Buzău, obecnie Rumunii, k… mać. Na jakimś cholernym Buzău, gdzie chyba nie ma już ludzi, tylko watahy bezpańskich psów i malowane olejną farbą krawężniki na niebiesko, żółto i czerwono. Rumuny tak mają, kochają psy i to ciągłe malowanie betonu farbą. Zupełnie im odwaliło. Potomkowie Rzymian, ja pierdzielę… – ironizował Węgier.

– Nie wiedział pan, że Buzău to po węgiersku Bodzavásár lub Oláhbodza? – zapytałem lekko zdziwiony. Przecież to oczywiste, nie dziwię się, że pana nie wpuścili, w ogóle się nie dziwię. Niedorobiony Węgier, nie tylko z uwagi na brak nogi, ale elementarnej wiedzy historyczno-geograficznej nie jest nikomu do niczego potrzebny w tak dużym mieście jak Budapeszt. – skwitowałem nieco cynicznie. Musiało go to zaboleć.

– To co ja teraz pocznę? – zapytał mocno zgaszony Węgier bez nogi. Swoi mnie nie chcą, a tutejsi też chyba nie za bardzo – posmutniał. – Tylko nie wysyłajcie mnie na Słowację, tam Kotlebowcy tylko czekają, żeby mnie skopać – ożywił się składając w moją stronę ręce jak do modlitwy.

– Nie ma problemu, wyślemy pana do Domu Starego Węgra w Koniakowie, do Wołochów. Są podobni do Szeklerów, więc będzie się pan tam czuł trochę jak u siebie w domu. Do końca życia nie uwolni się pan od dźwięku hałaśliwych dzwonków przymocowanych do owiec i kóz. – zażartowałem sobie. Wołosi mają wywalone na wszystko, mają w bród pieniędzy, a owce i kozy pasą od niechcenia. Większość z nich jest nieustannie nietrzeźwa. Od roku szykują napad na sklep „Społem” w Cieszynie, ale nie udaje się im zgrać z trzeźwieniem. Po niedzielnej mszy każdy z nich mówi: od jutra nie piję. Tyle tylko, że to jutro nieustannie przesuwa się w czasie.

– A czy stamtąd, z ichniejszych gór widać majaczące w oddali Węgry? – zapytał Węgier z jedną nogą.

– Przy dobrej pogodzie widać nawet Budapeszt, a kopuła bazyliki w Ostrzychomiu świeci się jak psu jajca. Tylko, żeby panu oczy nie pękły, hehehe – powiedziałem. Nieopodal jest taka miejscowość, Węgierska Górka, jakby pana naszło na coś węgierskiego, tylko do Czadcy niech pan nie jedzie. Tak wszędzie są Kotlebowcy. Znowu pan w dziób zarobisz.

– „Köszönöm, amit értem teszel” – mondta a magyar.

– Kérem.