W internacie „mechana” na ul. Sienkiewicza jedna z kucharek miała irytującego mnie syna. Nie lubiłem gościa. Był chyba o rok starszy i plątał się po moim terytorium (Tatko był kierownikiem tego bajzlu). Miał na imię Rafał. Zaczytywałem się wówczas w Karolu Mayu i jego opowieściach o utarczkach między Europejczykami i Indianami. Sprawiłem sobie łuk, żeby zobaczyć jak to jest na Dzikim Zachodzie. Długo ćwiczyłem na podwórku strzelając do kur i kaczek ze strzał zakończonych gumką-przyssawką. Im to nie szkodziło, ale mi dawało pewność, że jak dorwę Rafała, to nie chybię.

I nie chybiłem. Pamiętam, że Rafał szedł długim korytarzem prowadzącym od stołówki do korytarza głównego. Jakieś 40 metrów. Namierzyłem go i … trafiłem w oko. Synek się wylizał, bo to tylko guma i nie w środek oka. Ale potem miałem przerąbane. Byłem jednak pod wrażeniem precyzji strzału. Od tamtego czasu Rafał już nie przychodził do internatu. Internat był tylko mój, ja w nim panowałem…

Zdaję sobie sprawę z konsekwencji tego wpisu, ale wtedy taki byłem. I nie przestałem być, choć staram się być łagodnym.

W kotłowni internatu zespołu szkół mechanicznych na ul. Sienkiewicza były trzy wielkie piece. W pomieszczeniu obok była hałda koksu i węgla, a także drewna pod rozpałkę. Miałem chyba z 10 lat jak zacząłem palić w piecu. Byłem pomocnikiem palacza. Biegałem z taczkami z koksem i węglem. Uwielbiałem moment, w którym palacz otwierał kocioł, a tam było takie dobre ciepło. Potem zapieprzałem z taczkami wywożąc to, co już zostało spalone. Zimą posypywaliśmy tym chodniki, żeby ludzie się nie ślizgali.

Palacz dużo palił, ale nie tylko w kotłach, palił sporo „Sportów” – papierosów bez filtra, najtańszych na ówczesnym rynku, jeśli to tak można nazwać. Dużo kaszlał i miał takie wciąż przybrudzone dłonie o zesztywniałym naskórku. Czasem wychodziliśmy razem na podwórko, żeby popatrzeć w niebo, ale on chyba tego nie lubił, szybko wracał do swojej nory. Miał coś w rodzaju takiego swojego biura palacza, z dala od kotłów. Z przybrudzonym oknem na podwórko. Był tam wielki piec kaflowy z żeliwnymi płytami. Czasami dawał się namówić na robienie placków ziemniaczanych z blachy. Sam je zresztą uwielbiał.

Był samotnym człowiekiem, przeżywającym jakąś osobistą tragedię. Jako dziecko nie do końca to rozumiałem, ale teraz wiem, że to był albo rozwód, albo śmierć żony. Był dość szorstki, ale jednocześnie przyjazny. Nie umiał okazywać uczuć, ale był dobrym człowiekiem.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.