Jedni przeciwko decyzji Trybunału Konstytucyjnego, Kaczyńskiemu, PiSowi itd. Drudzy przeciwko chamstwu, wulgaryzmom, wykorzystywaniu małolatów do własnych celów politycznych, profanowaniu świątyń itd. Przemożna chęć protestowania, oskarżania, a niestety coraz częściej także znieważania przeciwnika, dehumanizowania, z życzeniami śmierci włącznie – to, napędzane przez coraz silniej rozkręcone emocje i stany histeryczno-euforystyczne typowe dla głębokich i nieodwracalnych zaburzeń osobowości – coraz silniej wrasta w kość ogonową, potem zajmuje kręgosłup symulując jego utwardzenie, wreszcie dociera do rdzenia mózgowego, skąd wyprasza resztki zdrowego rozsądku. Normalny człowiek nie może żyć posiłkując się jedynie protestami, ale też nie może żyć nie protestując w ogóle. Z protestem jest jednak jak z solą, łatwo przesolić.
Nie jest dziwnym, ani zaskakującym dla mnie to, że tak wiele ludzi ma problem ze swoimi emocjami, z intelektualnym ogarnięciem się, z akceptacją pewnych norm społecznych i kulturowych, innymi słowy nie zadziwia mnie skala głupoty, skretynienia czy wręcz zwyrodnienia. To jest pewien proces, który od lat postępuje i z roku na rok zbiera większe żniwo. Dostrzegają to ci, którzy na co dzień np. zajmują sie nauczaniem. To nie dziwi.
Natomiast to, co dziwi, przeraża, co więcej: głęboko zasmuca to postawa szczególnego rodzaju autorytetów: naukowców, głównie profesorów i osób piastujących wysokie pozycje w hierarchii akademickiej. Myślę tutaj o sytuacji, w której usprawiedliwiają oni nie tylko wulgarny język, ale i mowę nienawiści, postawy dehumanizujące, nawoływania do niszczenia przeciwnika, zasłaniając się faryzejskim „osobiście nie pochwalam tego typu zachowań, ale je rozumiem”. Iluż polskich profesorów, o których wiadomo, że są krytyczni (delikatnie mówiąc) wobec prawicy (choć PiS w dużej mierze de facto prawicą nie jest), publicznie zaprotestowało przeciwko bezczeszczeniu świątyń, przerywaniu Mszy św., ilu zaś „nie pochwalało, ale rozumiało”? Czy naprawdę nie ma już innych sposobów wyrażania swojej niezgody i protestu, jak chamstwo, przemoc i profanacja?
Ci profesorowie, którzy udzielają dziś po cichu poparcia czy wręcz otwarcie „błogosławią” tym wszystkim, którzy nie skrywają swoich intencji niszczenia przeciwnika (nie polemizowania z nim!), którzy cynicznie „wykazują zrozumienie” dla przyczyn leżących u podstaw masowego wzburzenia, licząc na to, że pełna nienawiści tłuszcza umożliwi „zmianę politycznego klimatu, będą pierwszymi ofiarami tej quasirewolucji, jaka dokonuje się w Polsce. Tak było zawsze w dziejach ludzkości, że ci niby oświeceni, stający na czele rewolucji lub błogosławiący rewolucjonistom, byli zdekapitowani zaraz po tym, jak tylko tłuszcza rozprawiła się z wrogiem ideologicznym.
I nie ma tu absolutnie nic do rzeczy to, czy zgadzam się czy nie z wyrokiem TK. Ja mówię o pewnej taktyce politycznej, która opiera się na cholernym i nieprzezwyciężalnym LENISTWIE i AROGANCJI. Zdecydowana większość rynku medialnego w Polsce sprzyja opozycji, za granicą – tym bardziej. Co więc staje na przeszkodzie, żeby zamiast biegać po ulicy i profanować kościoły, wreszcie skupić się na pracy u podstaw, na budowaniu kontroferty politycznej, ideologicznej, na wyjaśnianiu tym, którzy dziś głosują jeszcze na PiS, że powinni przemysleć swoje preferencje? Przepraszam za słowo, ale pieprzenie, że media rządowe robią ludziom wodę z mózgu jest śmieszne i służy tylko odwaracaniu uwagi od własnej niemocy. Od tego m.in., że TVN jest przaśny i mało przekonujący, i do tej pory nie ogarnął się po nokaucie w 2015 roku. Przede wszystkim jednak od tego, że większa część opozycji wciąż roi, że zamiast ciężkiej pracy u podstaw, w końcu uda się osiągnąć upragniony efekt jakimś cudem, byle nie uczciwą i cieżką pracą. Otóż cudów w polityce nie ma i nie będzie.
Od koleżanek i kolegów profesorów oczekuję studzenia społecznych emocji, nie ich podgrzewania, oraz tworzenia takich kanałów komunikowania społecznego, aby umożliwić trudny dialog zamiast ulicznych burd. Ale jeśli jest inaczej, i większość profesorskiego towarzystwa lepiej odnajduje się jaraniem się rewolucją i wojną, do której już otwarcie się wzywa, to im szybciej pozamyka się uniwersytety, tym lepiej. Bo nie po to się kształciliśmy, żeby teraz zostać idiotami.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz