Życzenia Bożonarodzeniowe w postchrześcijańskiej, korporacyjnej i politpoprawnej Europie zostały ograniczone w najlepszym przypadku do jakichś „Świąt” ale bez dopełnienia i dookreślenia, w najgorszym przybrały postać Season Greetings. W całej Europie postępują procesy sekularyzacyjne i laicyzacyjne, ale także wzmagają się postawy ateizacyjne. Jest to jakiś znak czasu i trudno mieć pretensje do rzeczywistości, że jest taka jaka jest, bo jest taka, jaką uczynili ją ludzie, niegdyś wierzący, potem wątpiący, na końcu obojętni lub wrodzy wobec religii i Chrystusa. W moim przekonaniu, paradoksalnie niosą one z sobą wiele pozytywnych rzeczy, bo m.in. uwalniają ludzi od kulturowego przymusu wiary w Boga, czyniąc wiarę przedmiotem wolnego wyboru.
Zdumiewa mnie jednak, gdy otrzymuję od osób i z instytucji konserwatywnych, deklarujących przywiązanie do polskiej tradycji, a zwłaszcza od podmiotów ściśle związanych z Kościołem, życzenia całkowicie wyzute z treści religijnej. Dominują jakieś bombki świąteczne, łańcuchy, światełka, krasnale mniejsze i większe, skrzaty mieszkające w dziurawych butach, zwisające z choinki, sweterki z reniferami i choinkami, czerwone czapki z białym pomponem…
Z czym macie problem? Z nazwaniem tych Świąt po imieniu, z obawami, że naruszacie czyjeś uczucia (nie)religijne? A może macie problem ze swoją tożsamością? W tej sytuacji, lepiej (przynajmniej mi) nie wysyłajcie żadnych życzeń i się zdecydujcie, kim jesteście i kim być chcecie.
W wielu polskich rodzinach Święto Narodzenia Pańskiego skutecznie zredukowano do dwóch pozostających w nieuchronnej opozycji neopogańskich kultów: kultu zdrowia i kultu, który nie ma jeszcze nazwy, więc roboczo nazywam go: „no jedz, jedz, jeszcze tego nie zjadłeś, zjedz jeszcze to, bo się zmarnuje”.
Obydwa istotowo sprzeczne ze sobą kulty jakimś dziwnym sposobem przeplatają się i zrastają ze sobą, i jedynym racjonalnym wytłumaczeniem tego faktu jest to, że ci, którzy przeżyją maraton odkurzania wszystkiego ze stołu i dożywają kolejnych świąt, zostają uznani za zdrowych.
I tak w kółko trwa ten „precedens” testowania zdrowia na ludziach, którzy na ogół tylko normalnie chcieliby coś zjeść i pojść spać.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
„Życzenia Bożonarodzeniowe w postchrześcijańskiej, korporacyjnej i politpoprawnej Europie zostały ograniczone w najlepszym przypadku do jakichś „Świąt” ale bez dopełnienia i dookreślenia, w najgorszym przybrały postać Season Greetings. W całej Europie postępują procesy sekularyzacyjne i laicyzacyjne, ale także wzmagają się postawy ateizacyjne. Jest to jakiś znak czasu i trudno mieć pretensje do rzeczywistości, że jest taka jaka jest, bo jest taka, jaką uczynili ją ludzie, niegdyś wierzący, potem wątpiący, na końcu obojętni lub wrodzy wobec religii i Chrystusa.”
Pudło, profesorze. Nie wiem jak u Pana w Cieszynie ale tutaj na zachodzie Europy wszyscy, absolutnie wszyscy, nawet nieznani mi a przypadkowo spotykani ludzie na spacerze, w sklepie czy klienci przez telefon życzyli tradycyjnie „Wesołych Świąt Bożego Narodzenia”. Więc na pewno nie „w całej Europie” a w jej bardziej zlaicyzowanych środowiskach, których istnienia nikt nie neguje. Być może czerpie Pan wiedzę z ograniczonych i spreparowanych źródeł. Powinien Pan już wiedzieć jakie są zasady stosowania wielkich kwantyfikatorów i nie opowiadać generalnych głupot na temat o ktorym ma mało pojęcia. Mimo rzekomej, jak sugeruje Pan politpoprawniści ludzie w Boga wierzą i świętują jego urodziny. Za Odrą kult urodzin jest zreszta większy niż imienin wiec tym bardziej świętuje się i to hucznie urodziny Chrystusa. Oczywiście ze ma w tym udział komercja ale nie byłoby jej, gdyby nie było potrzeby, a jest nadal i to duza. Niechże Pan wpierw sprawdzi jak jest w rzeczywistości, i w co ludzie wierzą. Wypadałoby by osoba z takim dorobkiem naukowym w dziedzinie socjologii wiedziała co pisze. Chyba że usiłuje Pan zakłamywać rzeczywistość na życzenie, usiłując imponować tym, którzy i tak na ślepo kupią i zacytują każdy taki malkontencki wpis.
„W moim przekonaniu, paradoksalnie niosą one z sobą wiele pozytywnych rzeczy, bo m.in. uwalniają ludzi od kulturowego przymusu wiary w Boga, czyniąc wiarę przedmiotem wolnego wyboru.”
Jakiego przymusu? I na czym opiera Pan swoje paradoksalne przekonanie? Paradoksem jest tu zupełnie co innego, pod warunkiem że wie się o czym mowa. Od co najmniej kilku dekad nie ma w Europie zachodniej żadnego przymusu wiary i jest to zagwarantowane w konstytucjach. Wiara była i jest kwestią dobrowolną, można ją natomiast w przedmiocie religii zdawać jako przedmiot maturalny ponieważ religia w szkołach – także na zasadzie dobrowolnej – zamiennie z etyką dla niewierzących, jest oficjalnie nauczana, i to w tych wszystkich wierzeniach, jakich kościoły są zaliczane prawnie do oficjalnych, i liczebnie reprezentatywnych. Jest wiec dla Katolików i jest dla Protestantów, jest osobno – współpracująca z gimnazjum szkoła religijna dla Żydów i jest osobno nauczanie religii mahometańskiej dla wierzących w Allacha. Wierzący w Jehowę maja prawo do nieświętowania wraz z innymi uczniami w klasach ich religijnych i tradycyjnie kultywowanych zwyczajów, np. drobnych klasowych podarunków w święto Św. Mikołaja jak też i uczestniczenia w szkolnym festynie adwentowym. Rok szkolny rozpoczyna się w laickim z profilu gimnazjum Mszą Świętą, na którą mogą przybyć lecz nie muszą wszyscy wierzący uczniowie i ich rodzice. Wiele gimnazjów jest prowadzonych przez zgromadzenia katolickie, protestanckie, a nawet biskupstwa, a uczęszczają do nich często także dzieci z rodzin laickich, bo ich rodzice cenią sobie wysoki poziom nauczania, a dzieci często wracają potem z przekonaniem do wiary. Wiec o jakim przymusie Pan opowiada? To fikcja lub chyba pańskie „pobożne życzenie” ale na pewno nie rzeczywistość. Jest Pan socjologiem czy bajkopisarzem?
„ Zdumiewa mnie jednak, gdy otrzymuję od osób i z instytucji konserwatywnych, deklarujących przywiązanie do polskiej tradycji, a zwłaszcza od podmiotów ściśle związanych z Kościołem, życzenia całkowicie wyzute z treści religijnej. Dominują jakieś bombki świąteczne, łańcuchy, światełka, krasnale mniejsze i większe, skrzaty mieszkające w dziurawych butach, zwisające z choinki, sweterki z reniferami i choinkami, czerwone czapki z białym pomponem…
Z czym macie problem? Z nazwaniem tych Świąt po imieniu, z obawami, że naruszacie czyjeś uczucia (nie)religijne? A może macie problem ze swoją tożsamością? W tej sytuacji, lepiej (przynajmniej mi) nie wysyłajcie żadnych życzeń i się zdecydujcie, kim jesteście i kim być chcecie.”
Widocznie dobrze wiedzą Pańscy adwersarze do kogo piszą i nie chcąc popełnić nietaktu życzą żeby przynajmniej był Pan zdrowy i syty. „Polak głodny to zły, naje się to by spał” – mówi ludowe porzekadło. I na głodnego Pan nie wygląda, na chorowitego także, więc życzenia najwyraźniej działają. Powinien Pan być ludziom wdzięczny że tak tolerancyjnie podchodzą do pańskich przekonań i piszą życzliwie, jak do dziecka, a nie psioczyć jak mu się dobrze życzy. Przecież nie muszą, prawda?
„W wielu polskich rodzinach Święto Narodzenia Pańskiego skutecznie zredukowano do dwóch pozostających w nieuchronnej opozycji neopogańskich kultów: kultu zdrowia i kultu, który nie ma jeszcze nazwy, więc roboczo nazywam go: „no jedz, jedz, jeszcze tego nie zjadłeś, zjedz jeszcze to, bo się zmarnuje”.
Roboczo to wie Pan można pójść na obiad, do stołówki akademickiej. Tam faktycznie nic na ogół się nie zmarnuje czego klient nie dostanie, a to co dostanie i tak się nie zmarnuje. Bywa i lepiej. A życzenia zdrowia należą do tradycji staropolskiej, są tradycyjne i kultywowane od wieków bo „szlachetne zdrowie, jako smakujesz aż się zepsujesz” ceniono zawsze, a zwłaszcza w czasach gdy śmiertelność ze względu na brak szczepionek była znacznie wyższa niż dzisiaj”.
„Obydwa istotowo sprzeczne ze sobą kulty jakimś dziwnym sposobem przeplatają się i zrastają ze sobą, i jedynym racjonalnym wytłumaczeniem tego faktu jest to, że ci, którzy przeżyją maraton odkurzania wszystkiego ze stołu i dożywają kolejnych świąt, zostają uznani za zdrowych.”
A ma Pan w domu lustro czy już wszystkie poszły do komisu?
I tak w kółko trwa ten „precedens” testowania zdrowia na ludziach, którzy na ogół tylko normalnie chcieliby coś zjeść i pojść spać.
I tutaj leży sedno tego wywodu. Nic Pana nie obchodzą żaden święta Bożego Narodzenia, żadna wiara, w istocie chodzi mu tylko o te dwie, powtarzające się dzień w dzień jak natura nakazuje rzeczy bez których nie byłoby ludzkiej egzystencji, nie wymieniając innych jej elementów takich jak prokreacja czy inteligencja (przynajmniej u niektórych). Ale za to umartwia Pana rzekomy brak Chrześcijaństwa w postępowaniu innych a denerwuje sposób w jaki je jednak o dziwo kultywują. No to, panie filozofie, albo albo, jak mówił Kirkegaard, wóz albo przewóz. Jest Pan ateistą to niechże je, śpi, i da innym wierzącym żyć, a jeśli uważa się za wierzącego to niech się zdecyduje kim jest i kim chce być i jak postępować bo i na to nie jest przecież za późno. Ale niech nie psioczy cynicznie na wierzących ze za mało wierzą i niech nie przykłada potem do nich takiej ateistycznej miary skoro ani nie chce wierzyć ani nawet myśleć o wierze innych z życzliwością i tolerancją, jak na człowieka oświeconego przystało. A może powinien Pan pooglądać znowu Opowieść Wigilijną, która była przez lata PRL standardowym punktem programu TP by zrozumieć w czym rzecz? Nie oglądał Pan? Czy nie mieliście telewizora?