Zasadniczo zgadzam się (czytaj tu). Ale… Dodałbym coś nie w ramach polemiki.

1. Nie ma co się spierać o jakość tzw. polityki naukowej. Na początek należy zlikwidować Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego i posadzić do więzienia obecnych i byłych pracowników tego burdelu, żeby innym odechciało się „reformowania” nauki. Zwłaszcza tym, ż tytułem magistra inżyniera. Tak się bowiem ciekawie składa, że w krajach z najlepszymi uniwersytetami, o zgrozo :) nie ma takich ministerstw, przytulisk dla patałachów i włóczęgów z ambicjami do posiadania biura, sekretarki i rządowego samochodu. Co rząd, to restrukturalizacja. Już przestałem zapamiętywać nazwy tych przeklętych ministerstw, przez które rodzą się tylko kolejne problemy. Albowiem są to typowe domy wariatów, gdyż żadna władza w ostatnich kilku dekadach nie traktowała nauki na serio i na ministrów nauki wysyłano ludzi jak Ruscy na zsyłkę syberyjską.

2. Moim zdaniem, polskiej nauki tu w Polsce już nie ma. Są jedynie pośmiertne podrygi odbierane błędnie jako przejawy żywotności. Ci, co przeżyli wszystkie deformy po 1989 roku, i mają jako takie kompetencje, pracują lub będą pracować poza Polską. Na miejscu pozostaną przy obecnym stanie organizacji nauki jedynie iluzjoniści, czarodzieje i psychopaci ze stopniami i tytułami naukowymi. Fajna perspektywa, nieprawdaż. Reszta albo odejdzie niebawem z nauki, albo zacznie generować PKB naszym zachodnim sąsiadom. Niewielu będzie uprawiać naukę mimo wszystko i na własny koszt. Kiedyś postawimy im pomniki. Proste i policzalne. Nie ma już czegoś takiego, jak środowisko akademickie, odczuwające więzi i zobowiązania. Akademia już od wielu lat nie istnieje, a kolejne rządy dokładały starań ku temu, żeby była niemożliwa. Żaden rząd nie lubi bowiem zorganizowanej i merytorycznej krytyki.

3. Tak zwanym polskim środowiskiem naukowym rządzi gnuśność, konformizm, udawany nonkonformizm i pragnienie sprawczości, narzekanie na tych co są, byli i będą. To jest prawdziwe ostatnie pokolenie, które zaraz zgasi światło i posadzi tyłek w fotelu z koniaczkiem i westchnie: „dobrze to już było”. Skala wzajemnego lekceważenia się, niesolidarności i chęci dokuczenia komuś po najniższych kosztach w tym środowisku, jest wręcz przerażająca. Zachęcam do przeczytania recenzji dorobku o tytuł profesorski dostępnych na szczęście w internecie. Zrozumiecie wówczas, że tytuł profesorski ma obecnie wartość taniej małpko-wódki kupionej o poranku w Żabce. Problemem nie są wypromowani, ale promujący prostytuujący się dla osiągania jakichś korzyści finansowych i niefinansowych. Osobiście znam przypadek człowieka, który został profesorem, a który nie zdałby matury przed 1939 rokiem.

4. Granty badawcze. Tu od lat nie liczy się merytoryka, ale afiliacja. No i znajomości, oczywiście. Dla bajeru zatrudnia się zagranicznych recenzentów opłacanych pieniędzy polskiego podatnika, bo wiadomo, że w prawie 40-milionywym państwie nie ma odpowiednich ekspertów. Wnioskujesz o grant, dostajesz wykluczając się wzajemnie recenzje, poprawiasz wniosek rok później starając się jakoś zniwelować te sprzeczności, po czym dostajesz decyzję odmowną sugerującą, że lepiej było pozostać przy pierwotnym projekcie. Standard NCN-owski. I na koniec pytanie, ile państwo przeznacza na badania naukowe? Pod względem odsetka PKB przeznaczanego na badania i rozwój (1,44%) Polska znajduje się na dalekiej 17. pozycji wśród krajów Unii Europejskiej (dane z roku 2021). Jest to wartość wyraźnie mniejsza od średniej UE (około 2,0%). Najwięcej na B&R wydają Belgia i Szwecja. W obu tych krajach na ten cel przeznacza się 3,5% PKB. W czołówce są także Austria (3,2%), Niemcy (3,1%), Dania (3,0%) i Finlandia (2,9%) (https://www.fnp.org.pl/assets/%C5%9Awiat-Nauki_prof.-Maciej-%C5%BBylicz.pdf).

5. Kształcenie studentów. Zacznijmy od tego, że studenci w większości nie wiedzą kim są na uniwersytecie. Dla większości to okazja do niepracowania i dobrej zabawy. Do tego różne zniżki na komunikację publiczną, pomoc socjalna, juwenalia i inne sralia. Ważne, żeby pozostać dzieckiem do 26 roku życia a potem się zobaczy. Normalny wykładowca, jak spotka studenta lub studentkę, którzy wiedzą po co studiuje, musi wyjść z sali, walnąć setkę, zapalić papierosa bez filtra, żeby dojść do siebie. Na szczęście nadal zdarzają się tzw. świadomi studenci. I dla nich warto trwać i pracować w akademii. W Polsce nie ma pomysłu jak kształcić elity. Liczy się tylko przemiał, liczebność, pogłowie studenckie. Zupełny brak refleksji nad tym, co zrobić z tymi utalentowanymi, wybitnymi, jak ich poprowadzić na wyższy poziom, żeby nas przewyższyli, bo przecież na tym polega twórczość, pasja i odpowiedzialność. Tymczasem postępuje korporatyzacja Uniwersytetu, który z Forum staje się Hipermarketem.

6. Obowiązki organizacyjne. Nie wiem kto to wymyślił, ale jak „myślił” to doszedł do wniosku, że jak wykładowca wykłada te powiedzmy 8 godzin w tygodniu, to te cztery dni próżnuje. Bo książki, które miał przeczytać już przeczytał, żeby się przygotować do wykładów, i obecnie cztery dni w tygodniu jest bezrobotny. Dlatego wprowadzono tzw. obowiązki organizacyjne, w ramach których doktorzy i profesorowie stają się na pewien czas sekretarkami, komiwojażerami, kołczami… W tym czasie dział administracyjny produkuje zalecenia odnośnie do standardów badań naukowych i dydaktyki. Nawet już sami prowadzą zajęcia z podstaw robienia zajęć dydaktycznych z instrukcjami dla profesorów, żeby robili je lepiej niż obecnie. Nota bene wspomniane obowiązki organizacyjne, to najbardziej niedookreślona kategoria zobowiązań służbowych. Obowiązki naukowe i dydaktyczne są przeliczalne na godziny lub tzw. punkty ministerialne (przypominam, że ministerstwem zarządzają debile). Obowiązki organizacyjne potrafią być naprawdę rozległe na tyle, że jak kierownik chce się kogoś pozbyć z pokładu, to ma fajny instrument do zachęcenia człowieka do dobrowolnego rozwiązania umowy o prac.

7. Świadczenia socjalne. Chyba najbardziej upokarzająca forma „dojeżdżania” naukowców. Dwa lub trzy razy do roku wypełniam wniosek o świadczenia, które należą mi się jak psu buda, ale za każdym razem muszę wypełnić rubrykę pt. Uzasadnienie wniosku. Człowiek płaci na ten popier…y fundusz kilkaset złotych rocznie by następnie prosić jakąś Komisję socjalną, żeby mu oddała przynajmniej część z tego, co wpłacił. A tak w ogóle to takie komisje potrafią zajrzeć komuś głęboko w życiorys. Moja np. uznała, że jeśli jestem po rozwodzie (zażądano ode mnie wyrok sądowy), a dzieci przypisane są do matki, to nie mam prawa do świadczeń socjalnych na dzieci, mimo, że to ja zabieram je na wakacje, a jedno z nich mieszka na stałe ze mną o pięciu lat. W komisji jest formalni ok. 20 osób, ale faktycznie zbierają się 3-4 osoby i decydują.

Last but not least.

Prostytucja naukowa. Setki naukowców do wynajęcia zasadniczo za darmo, dla zasponsorowanej taksówki, żeby tylko pokazać się w telewizorze. Niektórzy mają nawet marynarki w szatniach właściwych redakcji, żeby być na czas. Czasem dzwonią do mnie z radia i telewizji, żebym się wypowiedział, ale zawsze pytam na jaki temat. Jak uznaję, że na dany temat nie czuję się kompetentny, to w 90% przypadków pada odpowiedź, że „tu chodzi tylko o kilka zdań”. I wtedy wymiękam, odkładam słuchawkę i pragnę myśleć, że tej rozmowy nie było.