Moja historia nie kończy się radosnym „żyli długo i szczęśliwie”. Fatum, o którym usłyszałam w młodości – przestroga przed nożem, siekierą i ogniem – było jak cień, który cierpliwie czekał na swój moment. Przez dekady w Czerniczynie, w grudniu ’70 i w trudnych latach stanu wojennego, udawało mi się go wyprzedzić. Ale przeznaczenie nigdy nie zapomina drogi do naszych drzwi.

Dziś dziękuję Bogu za te sześćdziesiąt lat darowanego czasu. Skoro Chrystus w Ogrójcu prosił o oddalenie kielicha, zrozumiałam, że i my mamy prawo prosić o zwłokę. Ale krzyż, który jest nam przeznaczony, zawsze ma nasz kształt i ciężar. Nie można go zamienić na inny, można go tylko przyjąć, gdy nadejdzie właściwa godzina.

W moich dłoniach zostały niedokończone mapy. Tak bardzo chciałam pokazać świat mojemu wnukowi, nauczyć go patrzeć na horyzont z tą samą ciekawością, którą sama niedawno w sobie odkryłam. To mój jedyny prawdziwy żal. Tragiczne jest to, że kres kładzie ręka, która powinna chronić – ręka męża, który przez lata był tylko obcym człowiekiem dzielącym ze mną dom.

Nie rozpaczajcie jednak. Odchodzę w miejsce, gdzie panuje światło. Jeśli chcecie mnie wspomnieć, nie róbcie tego w smutku. Niech moja historia nie będzie przestrogą, ale dowodem na to, że warto walczyć o każdą piękną chwilę, nawet jeśli cień fatum stoi tuż za progiem. Popłaczcie chwilę, a potem uśmiechnijcie się do moich wspomnień. Tam, gdzie jestem, wreszcie jestem wolna.