Jeśli kojarzysz Klaudiusza Wesołka z refleksyjnych, nastrojowych opowieści o Kresach – tych utraconych i tych, które każdy nosi gdzieś w sobie – przygotuj się na niespodziankę. Autor, który dotąd zaglądał raczej w głąb historii i pamięci, tym razem wychodzi na podwórko. I to nie byle jakie.
„Przygody Wszaka i Kloca” to historia dwóch nastoletnich urwisów ze ściany wschodniej, którzy mają więcej pomysłów niż rozsądku i więcej odwagi niż planu. Jest tu wszystko: szkolne perypetie, osiedlowe legendy, absurdalne sytuacje i ten specyficzny klimat małych miejscowości, gdzie „nic się nie dzieje” – dopóki nie pojawią się oni.
Szczególnego smaczku dodają opowiadania Dziada Borowego – lokalnego bajarza, którego historie chłopaki słuchają z zapartym tchem… a potem bezlitośnie (i przezabawnie) komentują. Zderzenie jego ludowej mądrości i gawędziarskiego stylu z ich młodzieńczą ironią i dystansem daje efekt, który potrafi rozbawić do łez.
To opowiadania lżejsze w tonie, ale wcale nie puste. Wesołek nie traci swojego wyczucia miejsca ani języka – po prostu puszcza oko do czytelnika i daje się ponieść młodzieńczej energii. Efekt? Opowieść, którą czyta się z uśmiechem, a momentami nawet z nostalgią.
Jeśli masz ochotę na coś swojskiego, zabawnego i prawdziwego – poznaj Wszaka i Kloca. Możliwe, że przypomną ci kogoś bardzo znajomego. A może nawet… ciebie sprzed lat.
Grafika wprowadzająca, to Wszak i Kloc z Wesołkiem ucharakteryzowanym na Dziada Borowego.
A więc zaczynamy.
KARTA WIEŚNIAKA
AKCJA WSZAKA I KLOCA PODCZAS WYCIECZKI DO WARSZAWY
Wszak i Kloc siedzieli na ławce pod sklepem „U Halinki i Czasami Też U Mietka”, kontemplując sens życia oraz sens promocji na parówki.
— Kloc — rzekł Wszak, patrząc w dal, czyli na traktor stojący od 1997 roku w tym samym miejscu — a może by tak do Warszawy?
— Do War-sza-wy? — Kloc przeżegnał się kromką chleba. — Tam są schody ruchome! One same jadą! A jak się nie zdąży zejść?!
— To się jedzie dalej — odparł filozoficznie Wszak. — Aż człowiek zrozumie swoje błędy.
W tym momencie zza krzaków wyłonił się Dziad Borowy, poprawiając czapkę z daszkiem „Disco Polo Forever”.
— O czym ta narada? — zapytał.
— Jedziemy do Warszawy — powiedział Kloc. — Podobno ładnie, ładne babeczki, przystojne pany i kebab co ma więcej sosów niż nasze życie problemów.
— Jadę! — krzyknął Dziad Borowy bez chwili namysłu. — Widziałem w telewizorze! Tam nawet gołębie mają ambicje!
Podróż minęła względnie spokojnie, jeśli nie liczyć tego, że Kloc próbował kupić bilet do „strefy prestiżu”, a Wszak przez godzinę tłumaczył konduktorowi, że „to nie jest kura, tylko bagaż emocjonalny”.
Gdy dotarli do Warszawy, Dziad Borowy stanął, rozejrzał się i powiedział:
— Oho… dużo tego.
— To dopiero przystanek — odparł Wszak.
— TO JA JUŻ JESTEM ZMĘCZONY.
Pierwszy szok przyszedł szybko.
Dziad Borowy, zgodnie z naturą i tradycją przodków, udał się w krzaki załatwić sprawę. Ledwo zaczął, a tu z okna:
— PANIE! CO PAN ROBI?!
Dziad zamarł.
— No… podlewam miejską zieleń?
— TU NIE WOLNO!
— A gdzie wolno?!
— W TOALECIE!
— A gdzie jest toaleta?!
— W GALERII!
— A GDZIE GALERIA?!
— W MIEŚCIE!
Kobieta zatrzasnęła okno, a Dziad Borowy wrócił do kolegów z miną człowieka, który właśnie przegrał walkę z cywilizacją.
— Krzaki są tu prywatne — oznajmił grobowo.
Chwilę później o mało nie został przejechany.
— Tu się przechodzi na zielonym! — krzyczał ktoś.
— A ja widziałem zielone drzewo! — bronił się Dziad.
— TO NIE TO SAMO!
— TO PO CO TAK MYLIĆ?!
Stres narastał.
— Panowie — powiedział Dziad Borowy drżącym głosem — ja muszę się napić. Bo inaczej zacznę rozmawiać z sygnalizacją świetlną.
Udał się pod Pałac Kultury i Nauki, usiadł na murku i wyciągnął pół litra.
— Za zdrowie miasta, co mnie nie chce!
Ledwo zrobił pierwszy łyk…
— Dokumenty poproszę.
— A za co? — zdziwił się Dziad.
— Picie alkoholu w miejscu publicznym.
— To gdzie mam to wypić?!
— W domu.
— A ja nie mam tu domu!
— To proszę nie pić.
— TO JA WRACAM DO LASU!
Mandat był jak policzek od cywilizacji.
Wszak i Kloc patrzyli na to wszystko z powagą ludzi, którzy właśnie odkryli, że świat jest bardziej skomplikowany niż instrukcja obsługi grabi.
— Kloc — powiedział Wszak — to niesprawiedliwe.
— Bardzo niesprawiedliwe — przytaknął Kloc. — Człowiek chce żyć po swojemu, a tu przepisy!
— Musimy działać.
— Rewolucja?
— Petycja.
— Aaa, to gorzej.
Stanęli pod Sejmem z kartonem, na którym flamastrem (pożyczonym od turysty) napisali:
KARTA WIEŚNIAKA
Dziad Borowy stał obok w odblaskowej koszulce z napisem: „UWAGA: CZŁOWIEK Z TERENU”.
— Czytaj! — krzyknął Kloc.
Wszak odchrząknął i zaczął:
KARTA WIEŚNIAKA UPRAWNIA DO:
-przechodzenia przez ulicę w każdym miejscu (zwłaszcza tam, gdzie „najbliżej”)
-picia alkoholu i sikania w miejscach publicznych „z poszanowaniem kierunku wiatru”
-parkowania w dowolnym miejscu, byle nie blokowało ruchu (a jak blokuje, to tylko trochę)
-zadawania pytań typu „a po co to?” bez konsekwencji społecznych
-mylenia galerii handlowej z muzeum i odwrotnie
-wołania „HALO!” zamiast używania dzwonka do drzwi
-negocjowania ceny wszystkiego, łącznie z mandatem
-mówienia „a u nas to…” minimum trzy razy na godzinę
Na końcu wielkimi literami:
DOŚĆ DYSKRYMINACJI!
Przechodnie zatrzymywali się, czytali, śmiali się, robili zdjęcia. Ktoś nawet zapytał:
— To żart?
Wszak spojrzał poważnie.
— Proszę pana… my tu walczymy o godność krzaków.
Dziad Borowy skinął głową i dodał:
— I o prawo do spokojnego obalenia flaszki na ławce.
Kloc podsumował:
— A jak nie, to my wrócimy. I przyjedziemy w większej liczbie. Z traktorem.
Zapadła cisza.
A gdzieś w oddali sygnalizacja świetlna zapaliła się na zielono.
Dziad Borowy ruszył.
Nie na pasach.
Zostaw komentarz