Zainspirowany wczorajszą (18 listopada) opowieścią o pani Helenie z Wadowic przedstawioną na TVP Historia postanowiłem sam coś wyskrobać z rodzinnych wspomnień, trochę wojennych losów babci Jadwigi ur. w 1924 r.
Dom rodzinny babci stoi do dziś na początku Tomic, zaraz przy głównej drodze w kierunku Zatora. Opuszczony ponad 10 lat temu, obecnie u innego właściciela niszczeje. Do 2010 r. mieszkała tu siostra babci – Władysława. ur. 1921 r. Podczas wojny nadszedł taki moment, że Niemcy zjawili się po Władysławę, ta nie zgłosiła się na obowiązkowy wyjazd do pracy, niestety uciekła. Widoczne owi żołnierze mieli gdzieś urządzanie pościgu po wsi, dla nich liczyła się „sztuka”. Pojmali babcię i to im wystarczyło. Wsadzona do pociągu w Wadowicach, do typowego „bydlęcego” wagonu z desek wraz kilkudziesięcioma innymi kobietami rozpoczęła tułaczkę. Podobno panowała tam jedna wielka panika i rozpacz. Kobiety krzyczały, szlochały, szarpały drzwi, albo co niektóre stały zrezygnowane.
Pociąg został przetoczony do Andrychowa i tam stał kolejne dwie, lub trzy doby. Bez ubrań na przebranie, bez dostępu do wody, ubikacji zaczęła się higieniczna masakra. Jakimś cudem wiadomość o tym postoju dotarła do domu i najmłodszy z braci przyniósł babci, idąc z Tomic na nogach, bochenek chleba.
I tak to trwało przez kilka dni by wreszcie dotoczyć się do Schramberga w Schwarzwaldzie. Tam znajdowały się zakłady Junghans produkujące zegary i zegarki, a w tamtym czasie aparaturę pomiarową i mechanizmy zegarowe dla lotnictwa.
Schramberg to miasto wciśnięte pomiędzy góry, spora część produkcji była przeniesiona gdzieś w podziemne jaskinie. Musiało to mieć miejsce raczej z dala od miasta, gdyż babcia opowiadała o częstych nalotach alianckich. Wielokrotnie z tego powodu nie wracali do obozu, siedząc w wilgotnych podziemiach wykutych w skale. Piszę o tym dlatego w ten sposób, gdyż nie układają się mi w tej sytuacji daty. Internet podaje, iż Schramberg był zbombardowany tylko jeden raz w marcu 1945 roku, gdzie celem był również dworzec kolejowy. Dokonała tego francuska eskadra. Wg posiadanego dokumentu babcia wróciła do Wadowic wiosną 44 r. również kenkarta wystawiona jest 13 grudnia 44 r. (Wanat Hedwig, kreises Bielitz – okreg bielski), a mimo tego babcia często opisywała zmasakrowany dworzec kolejowy, którego konstrukcja była żelazno – szklana co potęgowało efekt.
Jeśli poniższy artykuł nosi błąd dawania o rok za późno wszystko by pasowało. W artykule również
zdjęcia.
Amerykanie bombardowali miasta tamtych landów w kwietniu 1944 r.
Kolejnym epizodem wśród tamtych wydarzeń jest ucieczka z obozu. Nasze dziewczyny, Polki poznały francuskich jeńców, którzy przychodzili do tego zakładu. Pewnego dnia z ich strony padła propozycja przedostania się do pobliskiej Szwajcarii, gdzie byliby wolni. Dziewczyny uciekły i chyba się im udało. Babcia się nie zdecydowała. Później wielokrotnie psioczyła na tę decyzję. Jakby wiedziała, że po wojnie będzie ta francowata komuna, to nie zastanawiałaby się, ani sekundy. Żyło się im dobrze w Tomicach.
Jej tata (mój pradziadek Franciszek) pracował w gospodarstwie rybnym przy dworze Gostkowskich, był też łowczym, chodził z bronią na polowania. Matka pracowała w dworskiej kuchni Jeść im nie brakowało, a ubrań również. Babcia lubiła wspominać panienkę Różę i sukienki, które od niej dostawała.
Dlaczego miałaby uciekać do Szwajcarii?
Poniżej TVP Historia.
Zostaw komentarz