Dymisja min. Szymańskiego świadczy o tym, że władze Polski straciły nadzieję na możliwość kompromisowego rozwiązywania sporów z Brukselą.

Można powiedzieć, że rozpoczyna się „oficjalnie” nowy etap, w którym Rosja jest dla Polski „dużym” wrogiem a Unia Europejska – „małym”.

Zasadniczo, dymisja min. Szymańskiego wynika stąd, że to on przekonywał premiera Morawieckiego, że kolejne ustępstwa Polski, które wynikały z prowadzonych przez Szymańskiego negocjacji i były kwitowane oświadczeniami Morawieckiego i von der Leyen, że sprawa jest w zasadzie załatwiona i tylko czekać na odblokowanie funduszy – raz za razem kończyły się fiaskiem, wycofaniem się strony unijnej z zapowiedzianego stanowiska i eskalacją żądań.

Doszło do tego, że unijni urzędnicy zaczęli się od Polski domagać nawet tak horrendalnych rzeczy, jak zmiany w regulaminach Sejmu i Senatu.

Można powiedzieć, że miarka się przelała i kierownictwo PiS uznało, że to droga donikąd, której widocznym efektem jest jedynie znacząca wizerunkowa porażka, umocnienie Ziobrystów i brak jasnej strategii wyjścia z impasu.

Nałożyły się na to ostatnie wydarzenia, kiedy Unia Europejska w trybie „bez żadnego trybu” klepnęła niemieckie plany „ratunkowe”: budowę terminali gazowych bez żadnych uzgodnień środowiskowych i 200-miliardowe wsparcie dla przemysłu. Doszły do tego jeszcze dwa nowe istotne wydarzenia polityczne:

– Uczestnictwo szefowej Komisji Europejskiej w przygotowaniu niemieckiego stanowiska, ogłoszonego przez kanclerza Scholza w Pradze, że „Niemcy są gotowe do przyjęcia przewodniej roli w Europie”,

– Wypowiedzi wiceprzewodniczącej Parlamentu Europejskiego, wpływowej działaczki niemieckiej SPD, Katariny Barley w sprawie zablokowania szantażem możliwości zbudowania we Włoszech rządu koalicyjnego pod kierownictwem Giorgii Meloni, co nie spotkało się z żadną reakcją ze strony UE.

– Brak jakiejkolwiek woli ze strony UE ulżenia Polsce w bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej spowodowanej kosztami pobytowymi Ukraińców (ponad 8 mld €) i wzrostu cen energii.

– Rezerwą głównych gospodarek europejskich w kwestii udzielania pomocy wojskowej Ukrainie.

Wszystko to składa się na obraz zasadniczego rozjazdu między polską a unijną racją stanu, który jest już tak ostry, że rząd Polski uznał, że z tak ukształtowanym kierownictwem Unii Europejskiej dalsze rozmowy nie mają sensu. Polska ograniczy swoje zaangażowanie do spraw absolutnie koniecznych i nie będzie już skłonna do żadnych kompromisów z Brukselą w żadnej dosłownie sprawie.

Oznaczać to będzie, przede wszystkim, brak zgody Polski na utworzenie kolejnego unijnego programu pożyczkowego. Polska musiałby upaść na głowę, żeby żyrować kolejną pożyczkę, z której następnie byłaby lekką ręką pod byle pretekstem wykluczona. Polska będzie też kategorycznie przeciwna jakimkolwiek zmianom w zakresie odejścia od unijnego veto, gdyż jest to zasadniczo już jedyny instrument politycznego nacisku, jakim nasz kraj dysponuje w relacjach z coraz bardziej asertywną i dyspozycyjną wobec Niemiec Brukselą. Nie ma też mowy o żadnych dalszych ustępstwach Polski w sprawie przekazywania kolejnych kompetencji państw na poziom unijny.

Tak sprawy się mają a Polacy przed nadchodzącymi wyborami stają przed egzystencjalnym wyborem: czy Polska ma nadal funkcjonować jako kraj dysponujący jeszcze jakimiś atrybutami suwerenności, czy też nasza suwerenność ma być już wyłącznie kadłubowa i w pełni zależna od zachodnioeuropejskich ośrodków siły, które bezkompromisowo zrealizują plan Niemieckiej Europy Federalnej, używając w tym celu wszelkich dostępnych środków nacisku oraz swoich agentów wpływu w partiach opozycyjnych?

Przed nami bardzo trudny czas.

Można, rzecz jasna, psioczyć na PiS, że popełniał i popełnia liczne błędy, a prowadzony przez tę partię sposób rządzenia jest daleki od doskonałości. Niemniej jednak – w takiej konfiguracji Polacy wciąż mają jeszcze jakiś wpływ na prowadzoną przez nasz kraj politykę.

Realizacja planów niemieckich prowadzi nas zaś do tego, że koszty błędnej polityki unijnej będą nasz kraj mocno dotykały, podczas gdy reńskie centrum, co widzimy teraz bardzo widocznie, zawsze znajdzie sposób, żeby zabezpieczyć swoje interesy kosztem unijnych peryferiów. Natomiast realnego wpływu na polityki unijne Polska jeszcze długo żadnego mieć nie będzie. Było to doskonale widać za rządów PO, kiedy Unia twardo wspierała wizję niemiecką a Donald Tusk i Radek Sikorski mogli się fotografować wśród „liderów Europy” jedynie wówczas, gdy rezygnowali z pryncypiów polskiej racji stanu i podłączali się pod plany niemiecko-francuskiego tandemu. Było tak właśnie w każdej właściwie ważnej sprawie: polityki energetycznej, obronnej czy imigracyjnej.

Było tak, że Polska dostawała garść eurasków za siedzenie cicho i być może jeszcze kilka brzęczących monet za entuzjastyczne peany liderów PO kierowane pod adresem Berlina. Skutki tej polityki odczuwamy dziś nader boleśnie. Ma rację Patryk Jaki twierdząc, że jedynym wnioskiem, jaki Unia Europejska wyciągnęła z obecnego kryzysu, jest dążenie do „jeszcze więcej tego samego”: twarde dążenie do zapewnienia reńskiemu centrum praktycznego monopolu na kształtowanie polityk unijnych i eliminacja wszelkich głosów odrębnych. Realizowane ma to być za pomocą narzędzi fasadowej unijnej demokracji, w istocie niewiele różniącej się od demokracji białoruskiej, w której prezydent Łukaszenka zawsze cieszy się niezmiennym poparciem.

Wybory w Polsce za rok. Polacy zdecydują, ale warto im tłumaczyć, na co właściwie będą głosować.

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.