Są takie chwile w polityce, kiedy nawet najbardziej cierpliwy obywatel zaczyna się zastanawiać, czy ktoś przypadkiem nie pomylił urzędu z nagrodą pocieszenia za polityczne zasługi.

Koalicja rządząca właśnie pokazała, jak rozumie „bezstronność”. Na urząd Rzecznika Praw Obywatelskich forsuje Sylwię Gregorczyk-Abram – osobę od lat jednoznacznie kojarzoną z jednym środowiskiem politycznym i aktywnie zaangażowaną w spory wokół wymiaru sprawiedliwości. Można oczywiście udawać, że to przypadek. Można też wierzyć, że lis najlepiej przypilnuje kurnika.

Najbardziej wymowne jest jednak to, że wokół Sylwii Gregorczyk-Abram od dawna krążą kontrowersje związane z jej działalnością publiczną. Trudno oczekiwać, by miliony Polaków o odmiennych poglądach uwierzyły, że właśnie ich prawa będą bronione z jednakową determinacją.

Szczególnie mocno brzmi przywoływany cytat z dyskusji dotyczącej przejmowania mediów publicznych:

„Pachnie stanem wojennym, ale lepszy krzyk 50 niż dowód na bezsilność władzy.”

Niezależnie od kontekstu, takie słowa nie budują obrazu osoby, która ma być symbolem opanowania, równowagi i poszanowania standardów demokratycznych. Raczej pokazują atmosferę ostrej politycznej walki, w której cel wydaje się ważniejszy od zasad.

Rzecznik Praw Obywatelskich nie powinien być rzecznikiem jednej wizji Polski. Nie powinien budzić poważnych wątpliwości już w dniu wyboru. Bo urząd ten ma być ostatnią deską ratunku dla obywatela – także tego, który głosował inaczej niż aktualna większość.

Demokracja nie polega na tym, że mając większość, można obsadzić każde stanowisko „swoimi”. Demokracja polega również na umiejętności budowania zaufania do instytucji państwa. Jeśli znaczna część społeczeństwa już na starcie uważa, że Sylwia Gregorczyk-Abram będzie postrzegana jako rzecznik jednej strony sporu politycznego, to przegranym nie jest wyłącznie opozycja. Przegrana jest przede wszystkim wiarygodność urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich.

Można wygrać głosowanie. Znacznie trudniej wygrać zaufanie obywateli.