Tak jak niedawno napisałem – to właśnie mieszkańcy wielkich miast w państwach Zachodu są głównym zasobem elektoralnym lewicy liberalnej, zwłaszcza w jej najnowszym „woke” wydaniu.

Pisałem, że przyczyn tego należy upatrywać w charakterystycznej dla wielkich miast atomizacji społecznej, oderwaniu ich społeczności od bazy wytwórczej i coraz większej „wirtualizacji” świata w jakim społeczności te na co dzień funkcjonują.

Ta wirtualizacja, to nie tylko media społecznościowe, ale całokształt ich relacji ze światem, który w coraz większym stopniu zależy od pracy zdalnej, pracy „przy komputerze”, globalnych usługach w wielkim stopniu oderwanych od zależności lokalnych oraz od ich „nomadycznego” stylu życia, który nie polega jednak na realnej zmianie otoczenia, ale raczej na przenoszeniu się z jednego „portalu” do świata wirtualnego do drugiego, chociaż fizycznie może on być położony na drugim końcu świata. We wszystkich tych miejscach charakter ich pracy, formalne stosunki w niej panujące i charakter osób ją wykonujących jest mniej więcej taki sam.

Poniżej historia, która wypisz-wymaluj ilustruje tę sytuację. Dla tych ludzi „realność” czegokolwiek nie ma już naprawdę większego znaczenia. Liczy się wyłącznie sama narracja i jej wewnętrzna dynamika a nie jej związek z rzeczywistością. To właśnie dlatego lewica liberalna jest gotowa zaparcie bronić nawet najbardziej szalonych pomysłów, których realizacja przyniosłaby opłakane skutki.

Rzeczywistość, w której oni żyją przegrywa z ułudą: czytaj.