W państwie prawa człowiek naiwnie zakłada, że sąd przynajmniej wie, do kogo pisze, w jakiej sprawie i pod jaką sygnaturą. To jednak założenie, które – jak pokazuje rzeczywistość – może być zbyt daleko idącym przejawem obywatelskiego optymizmu.

Do dziennikarza Magazynu Opinii Pressmania.pl trafia żądanie wyjaśnień. Problem polega na tym, że – jak wynika z całej sytuacji – coś nie zgadza się z sygnaturami, adresatami i obiegiem dokumentów. A w tle pojawia się UKEN w Krakowie.

Przypadek? Oczywiście, że nie zamierzamy przesądzać. W prawie istnieje bowiem piękna zasada: najpierw ustalamy fakty, a dopiero potem formułujemy wnioski. Warto jednak zapytać, co właściwie dzieje się w Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla Krakowa-Krowodrzy w Krakowie, skoro dokumenty potrafią najwyraźniej prowadzić własne, niezależne życie.

Czy sygnatury pomyliły się same? Czy adresat znalazł się w dokumentacji przez przypadek? Czy może ktoś uznał, że dziennikarz powinien najpierw wyjaśniać, dlaczego sąd skierował do niego pismo, którego – być może – w ogóle nie powinien był otrzymać?

A już prawdziwą perłą proceduralnej fantazji jest pytanie o sposób doręczenia. Czy rzeczywiście Policja ma pełnić funkcję listonosza sądu? Jeżeli tak, to obywatel ma prawo wiedzieć, od kiedy zwykła korespondencja wymaga asysty formacji powołanej przede wszystkim do ochrony bezpieczeństwa i porządku publicznego.

W państwie prawa takie sytuacje nie powinny być zamiatane pod dywan milczenia. Powinny zostać jasno, publicznie i precyzyjnie wyjaśnione. Bo sąd to nie urząd, w którym można pomylić numer mieszkania i wzruszyć ramionami. Zwłaszcza gdy adresatem staje się dziennikarz opisujący sprawy niewygodne dla wpływowych instytucji.

Nie twierdzimy, że mamy do czynienia z celowym działaniem. Ale mamy pełne prawo pytać, czy był to zwykły błąd, rażąca niekompetencja, czy też ciąg zdarzeń, który wymaga znacznie poważniejszego wyjaśnienia.

Bo, parafrazując klasyka: sąd sądem, ale sprawiedliwość i elementarna rzetelność proceduralna muszą być jednak po stronie obywatela. Nawet wtedy, gdy jest on dziennikarzem.