Czyżby niemieccy dziennikarze czytywali Szczęsnego? Sami powiedzcie – czy w tym tekście (czytaj) jest choć słowo inaczej niż ja mówię od wielu, wielu lat?

I tutaj sprawa dotyka sytuacji wewnętrznej w Kraju.

Nasza pożal się boże opozycja ufundowała swój etos na zakwestionowaniu tej fundamentalnej oczywistości.

Od czasów tego starego grzyba Bartoszewskiego, jednym z głównych filarów narracji opozycyjnej jest opowieść o tym, jak to piękny i bogaty Zachód bezinteresownie przytulił i zaopiekował się biedną panną bez posagu znad Wisły.

W ramach tej narracji Polska została z wielkiej łaski wciągnięta w orbitę wpływów zachodnich i dopuszczona do „pańskiego stołu” – z otwartością, lecz nie bez obaw, czy ten kraj półdziki nie obsunie się zaraz w przygnębiającą otchłań katofaszyzmu. Dlatego Zachód wolał od początku gadać z postępową lewicą liberalną a niebezpiecznych prawicowych „oszołomów” odstawiono na boczny tor, gdzie mogli się bez wpływu na rzeczywistość pieklić w kazamatach kościoła Św. Katarzyny na warszawskim Służewiu.

Szczególną rolę w tej opowieści odgrywały zawsze Niemcy: nasz patron i anioł stróż w Unii Europejskiej, filar naszego eksportu, dźwignia naszego rozwoju, niedościgniony wzorzec, kraj, który jednoznacznie odciął się od faszyzmu, gotowy wspierać postęp i demokrację w Polsce za pomocą całej plejady wszelakich „Stiftungen”, gdzie doskonałe warunki do rozwoju talentu znajdują setki oddanych „zmianie społecznej” i ekologii młodych Polaków…

I tak to już od samego początku aż do teraz – każdy gest Warszawy, który jest choć w najmniejszym stopniu autonomiczny wobec Berlina jest natychmiast kontestowany przez Opozycję. W zakresie dużych projektów gospodarczych i polityki międzynarodowej, Opozycja zachowuje się tak, jakby głos Niemiec był właściwie decydujący. Poza jedną małą partią „Razem”, właściwie cała nasza opozycja popiera niemiecką wizję „Energiewende” opartą na wyparciu energetyki jądrowej, uważa, że Warszawa źle robi „wychodząc przed szereg” w kwestii wojny na Ukrainie, niepotrzebnie opiera swoje bezpieczeństwo na „niepewnym” sojuszu z USA zamiast wraz z „europejskimi potęgami” budować „wspólną architekturę bezpieczeństwa w Europie” itd.

Opozycja kultywuje tradycję unikania wszelkich dyskusji o rozbieżnościach strategicznego interesu między naszą częścią kontynentu a jego zachodem i z jakąś niezdrową satysfakcją zdaje się cieszyć z tego, że Europa Środkowo-Wschodnia z wielkim trudem wypracowuje jakieś wspólne wobec tegoż zachodu stanowisko. Każda inicjatywa Warszawy w tym kierunku jest wyśmiewana jako nieodpowiedzialne „machanie szabelką” a akceptowane są wyłącznie takie platformy, w których decydującą rolę i tak odgrywają Niemcy i Francja. Próby prowadzenia samodzielnej polityki opierającej się na zrozumieniu, że są sprawy, gdzie interesy Warszawy, Paryża i Berlina są rozbieżne, traktowane są zawsze jako „rozbijactwo” a świętowane są okoliczności, gdzie samodzielność Polski w ramach Unii Europejskiej jest ograniczana, co ma jakoby powstrzymywać „dalsze szaleństwa polskiej prawicy”.

W zasadzie, ideałem dla naszej opozycji byłaby chyba sytuacja, w której Polska „rozpuściłaby się” w europejskiej federacji jako jakaś wysunięta prowincja o ograniczonym wpływie na wspólną politykę, która określona byłaby przede wszystkim poprzez perspektywę największych krajów Doliny Renu.

Myślę, że wobec powyższej już dla wszystkich jasne jest, dlaczego mimo wszystko popieram naszą prawicę.

Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.