Państwo federacyjne polsko-ukraińskie jest jednym wielkim nieporozumieniem. Bez Rumunii nie ma to większego sensu. Zjednoczenie polsko-ukraińsko-rumuńskie dające nam wespół prawie 100 milionową populację nie jest od rzeczy. Stolicę takiego tworu widziałbym w moim rodzinnym Lwowie. Priorytetowym projektem powinna być kolej wysokich szybkości Warszawa – Lublin – Lwów – Czerniowce – Suczawa – Bukareszt oraz kolej regionalna łącząca Kraków z Klużem. Po drodze tylko kukurydza, słoneczniki i pszenica. Dorodne kobiety rodzące dzieci i mężczyźni nie bojący się wojny. I wszystko w kolorach: biały, czerwony, żółty i niebieski. Już niebawem inauguracja polskiej wioski w Transylwanii w ramach projektu bez wsparcia Unii Europejskiej.
Znów dopadła mnie choroba rumuńska… Leków na to nie ma. Zaczęło się niepozornie. Od przypadkowo przeczytanej nazwy miasta Cluj-Napoca (Kluż) na opakowaniu pewnego produktu. W tym momencie nolens volens zamieniłem się w Węgra i krzyknąłem: Kolozsvár, a czkawką odezwał się we mnie zaspany saski Niemiec i dokrzyknął: Klausenburg.
Choroba rumuńska jest z gatunku tych psychicznych. Trudno ją wyleczyć, można tylko czasowo zaleczać. Objawia się ona swoistą melancholią, ciągłym przeglądaniem mapy Rumunii, słuchaniem rumuńskiej muzyki, oglądaniem rumuńskich filmów ukazujących bieżące życie rumuńskiej społeczności:
Choroba rumuńska jest szczęśliwie nieuleczalna.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz