Największym zagrożeniem dla świata zbudowanego na zależnościach jest człowiek, który potrafi żyć samodzielnie. Człowiek, który umie wyprodukować własną żywność, naprawić narzędzie, ogrzać dom drewnem z własnego lasu i zarobić własnymi rękami. Taki człowiek nie jest łatwy do kontrolowania. Nie potrzebuje wielu pośredników, systemów i instytucji, które dziś coraz mocniej oplatają nasze codzienne życie.

Jeszcze niedawno – zaledwie kilkadziesiąt lat temu – wieś funkcjonowała według zupełnie innych zasad. W wielu miejscach był jeden sklep, a i tak niewiele można było w nim kupić. Paradoksalnie jednak nikomu niczego nie brakowało. Każde gospodarstwo było w pewnym stopniu samowystarczalne. Własne zboże, własne mleko, własne mięso, warzywa z ogródka, owoce z sadu. Rolnik nie pracował „od do”. Rolnik żył pracą. Ziemia wyznaczała rytm dnia i roku.

Nowy hektar, maszyna czy zwierzę w gospodarstwie nie pojawiały się dzięki dotacji czy kredytowi. Były owocem wielu lat pracy, wyrzeczeń i cierpliwości. Rolnicy inwestowali to, co naprawdę zarobili. Dzieci od najmłodszych lat wiedziały, że chleb nie bierze się z półki, tylko z pola. Wiedziały, ile pracy kosztuje każdy bochenek.

Jednocześnie przez lata słowo „wieśniak” było obelgą. Dzieci rolników w szkołach słyszały je często. W czasach, gdy wielu marzyło o życiu znanym z zachodnich seriali, wieś wydawała się symbolem zacofania. Kiedy na półkach sklepów pojawiły się kolorowe produkty, słodycze, napoje i egzotyczne towary, wielu ludzi poczuło, że wreszcie dotknęło „wielkiego świata”.

Nikt wtedy nie zastanawiał się nad składem tych produktów. Nie analizował etykiet ani nie rozważał wpływu przemysłowej produkcji żywności na zdrowie czy rolnictwo. Liczyła się dostępność i różnorodność. Tymczasem gdzieś w tle małe gospodarstwa zaczęły znikać.

Nowe przepisy, normy i wymagania, które miały modernizować rolnictwo, w praktyce często okazywały się barierą dla małych rolników. Aby im sprostać, gospodarstwo musiało zacząć funkcjonować jak przedsiębiorstwo przemysłowe. Kredyty, drogie maszyny, technologie, chemia, intensyfikacja produkcji.

Dla wielu rolników była to droga, której nie chcieli lub nie mogli wybrać.

Mały rolnik nie sypał ton nawozów, by wycisnąć z ziemi maksymalny plon. Nie kupował maszyn, których serwis kosztował jedną piątą ich wartości rocznie. Nie produkował mleka pod normy przemysłowe, lecz sprzedawał je sąsiadom i lokalnej społeczności. Nie miał jednak szans konkurować z sieciami handlowymi i wielkimi gospodarstwami nastawionymi na skalę produkcji.

Rolnictwo zaczęło się zmieniać. Coraz częściej stawało się elementem dużego łańcucha biznesowego, w którym zarabiają producenci maszyn, nawozów, chemii czy pasz. W tym systemie liczy się przede wszystkim ilość i wydajność. Produkt musi być tani, powtarzalny i dostępny w ogromnych ilościach.

A człowiek – zarówno rolnik, jak i konsument – staje się tylko jednym z elementów tej układanki.

Dziś coraz więcej osób zaczyna jednak dostrzegać cenę, jaką za to zapłaciliśmy. Czytamy etykiety, szukamy lokalnych produktów, wracamy na targi i do małych gospodarstw. Coraz częściej doceniamy prosty chleb, miód z pobliskiej pasieki czy herbatę z ziół zebranych na łące.

Po latach zachwytu nad przemysłową obfitością odkrywamy na nowo wartość rzeczy prostych i naturalnych.

Może właśnie dlatego samowystarczalność znów zaczyna być postrzegana jako coś cennego. Nie jako symbol zacofania, lecz jako forma niezależności. Jako umiejętność, która daje człowiekowi bezpieczeństwo i poczucie sprawczości.

Bo człowiek, który potrafi zadbać o podstawy swojego życia – żywność, wodę, ciepło i pracę – jest człowiekiem wolnym.

A wolny człowiek zawsze był najtrudniejszy do podporządkowania.