Unia Europejska lubi opowiadać o sobie jako o pragmatycznym projekcie pokoju, dobrobytu i racjonalnej współpracy gospodarczej. Narracja ta – gładka, technokratyczna i moralnie komfortowa – skutecznie wypiera pytanie bardziej niewygodne: czy UE jest jedynie neutralnym mechanizmem współpracy, czy raczej realizacją konkretnej wizji ideologicznej Europy? A jeśli tak – jakiej?

Bo historia integracji europejskiej nie zaczyna się ani w Brukseli, ani w traktatach gospodarczych, lecz w ideach. A idee, jak wiadomo, mają konsekwencje.

Manifest z Ventotene – akt założycielski nie tylko federalizmu

W 1941 roku Altiero Spinelli i Ernesto Rossi – działacze lewicowego ruchu oporu, internowani przez reżim Mussoliniego – piszą Manifest z Ventotene. Dokument ten dziś bywa przedstawiany jako idealistyczny apel o pokój i współpracę. Ale lektura tekstu bez współczesnych filtrów PR-owych pokazuje coś znacznie bardziej konkretnego.

Manifest nie tylko postuluje likwidację suwerenności państw narodowych, ale też otwarcie krytykuje kapitalizm, własność prywatną i demokrację narodową jako źródła konfliktów. Proponowany porządek to federacja europejska oparta na centralnym planowaniu, silnej władzy ponadnarodowej i „przezwyciężeniu” polityki masowej, która – zdaniem autorów – zbyt łatwo ulega nacjonalizmowi i interesom klasowym.

To nie był liberalny projekt wolnego rynku. To był projekt postnarodowy, etatystyczny i głęboko podejrzliwy wobec oddolnej demokracji. W duchu charakterystycznym dla XX-wiecznej lewicy: jeśli społeczeństwo nie wybiera „właściwie”, tym gorzej dla społeczeństwa.

Od wspólnego rynku do wspólnej ideologii

Oczywiście, powojenna integracja zaczęła się ostrożnie: węgiel, stal, handel, wspólne interesy gospodarcze. To była warstwa pragmatyczna. Ale warstwa ideowa nigdy nie zniknęła – została jedynie przykryta językiem technokracji.

Z biegiem lat UE przestała być projektem współpracy, a zaczęła być projektem transformacji społeczeństw. Coraz więcej kompetencji przenoszono na poziom ponadnarodowy, coraz częściej prawo unijne nie harmonizowało, lecz zastępowało prawo krajowe. Demokracja narodowa została zdegradowana do roli wykonawcy decyzji podejmowanych przez instytucje, które nie mają realnej odpowiedzialności przed wyborcami.

Nieprzypadkowo mówi się o „deficycie demokracji”. On nie jest usterką systemu. On jest jego cechą.

Biała Księga UE – pięć scenariuszy, jeden kierunek

Biała Księga Komisji Europejskiej z 2017 roku, dotycząca przyszłości Unii, formalnie przedstawia kilka wariantów rozwoju. W praktyce jednak wszystkie one – poza wariantem minimalnym, traktowanym wyraźnie jako niepożądany – prowadzą w jednym kierunku: pogłębionej integracji, większej centralizacji i dalszego ograniczania suwerenności państw członkowskich.

Nie ma w niej miejsca na realny powrót do Europy ojczyzn. Nie ma opcji renacjonalizacji kompetencji. Jest za to stała logika: „więcej Europy” jako odpowiedź na każdy problem – od klimatu, przez migrację, po wychowanie dzieci.

To myślenie strukturalnie przypomina planowanie centralne: jeśli coś nie działa, to dlatego, że było za mało władzy centralnej, a nie dlatego, że sama koncepcja jest wadliwa.

Federalizacja bez mandatu

Najbardziej uderzającym elementem projektu europejskiego jest sposób, w jaki postępuje federalizacja. Bez jednego aktu założycielskiego, bez europejskiego demosu, bez zgody narodów wyrażonej wprost. Krok po kroku, traktat po traktacie, kryzys po kryzysie.

Gdy obywatele mówią „nie” – jak w referendach we Francji, Holandii czy Irlandii – odpowiedź brzmi: głosujcie jeszcze raz, albo zrobimy to inną drogą. To nie jest liberalna demokracja. To jest pedagogika polityczna: elity wiedzą lepiej, społeczeństwo ma się dostosować.

W tym sensie UE nie jest klasycznym projektem komunistycznym w stylu ZSRR. Ale jest projektem postliberalnym, który dzieli z komunizmem kilka kluczowych cech:

nieufność wobec suwerenności narodowej,

przekonanie o moralnej wyższości elity planującej,

instrumentalne traktowanie demokracji,

wiara w możliwość racjonalnego zaprojektowania społeczeństwa „odgórnie”.

Europa jako eksperyment

Unia Europejska nie jest historycznym przypadkiem. Jest eksperymentem ideologicznym, który zakłada, że można zbudować stabilny porządek polityczny bez zakorzenienia w narodach, tradycjach i realnej wspólnocie politycznej. Że tożsamość można zadekretować, a lojalność wyprodukować.

Pytanie nie brzmi więc, czy UE jest „komunistyczna” w sensie dosłownym. Pytanie brzmi, czy nie realizuje ona tej samej pokusy, która wielokrotnie w historii Europy kończyła się źle: pokusy stworzenia „nowego człowieka” i „nowego porządku” ponad wolą konkretnych społeczeństw.

A historia uczy, że im bardziej projekt polityczny ignoruje naturę wspólnoty i ograniczenia władzy, tym bardziej potrzebuje przymusu – nawet jeśli nazywa go „wartościami”.