Stary, tłusty śledź, jak zwykle o poranku przemykał się ze sklepu „Społem” na ulicy Regera do fontanny św. Floriana, w samym sercu cieszyńskiego Rynku. Za każdym razem było to zadanie niełatwe, gdyż ludzie widząc dorodnego śledzia przepasanego ręcznikiem basenowym, wpadali w panikę i uciekali gubiąc po drodze sprawunki oraz część odzieży.
Idąc w sobotę, śledź miał wrażenie, że ktoś go śledzi. Był tego niemal pewien. Energicznie oglądał się za siebie i widział, jak śledzący go w ostatniej chwili chowa się w bramie, za drzewem lub w zacienionym zaułku. Im częściej się oglądał za siebie, tym wyraźniejsze stawały się kontury śledzącego.
Przez moment miał ochotę podbiec do tej postaci, spoliczkować ją publicznie i wykrzyczeć na całe miasto: śledzi się nie śledzi, pajacu jeden! Zrozumiał jednak, że w czasie gdy on podbiegałby do śledziciela, ten jeszcze szybciej by się oddalał i tak cała energia byłaby nadaremnie zużyta.
Wtem wpadł na inny pomysł. Sięgnął do tylnej kieszeni i wyjął z niej niewielkie lusterko, które ustawiwszy pod odpowiednim kątem umożliwiało mu obserwację tego, co dzieje się za jego plecami. Wpatrywał się weń ponad godzinę i nic.
Okazało się zatem, że śledź nie był jednak śledzony.
Zostaw komentarz