Wielu ludzi w naszym kraju czuje, że powinno być inaczej. Jednak nic się nie zmienia, bo większość nie ma siły sprawczej – uważa się bowiem za mniejszość. 

Aby zrozumieć ten mechanizm, posłużę się przykładem oświaty. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że systematyczne obniżanie wymagań wobec uczniów rujnuje polską edukację. Nawet dziennikarze w prywatnych rozmowach przyznają, że swoje dzieci najchętniej wysłaliby do szkoły o surowej dyscyplinie, zbliżonej do dawnych kolegiów jezuickich. Sam uczestniczyłem w takiej rozmowie. 

A jednak reformy polskiego systemu edukacyjnego od 1989 roku idą dokładnie w przeciwnym kierunku. Osoby, które prywatnie tęsknią za wymagającą szkołą, publicznie tego nie mówią. Wręcz przeciwnie – oficjalnie krytykują wiedzę faktograficzną i nadmierną dyscyplinę w szkole. Jakby bały się przyznać do własnych poglądów. 

Być może się boją. Nie wiem, czy istnieje tu realny przymus. Istnieje taka możliwość, że poglądy sprzeczne z oficjalnie przyjętą linią mogą mieć negatywny wpływ na pozycję zawodową człowieka. Ja osobiście się z tym nie spotkałem. Zawsze otwarcie wypowiadałem swoje opinie o edukacji i nigdy nie odczuwałem z tego powodu szykan. Możliwe też, że mogłem tego nie dostrzec, gdyż działo się to za moimi plecami. 

Niemniej ja wyciągam z tego inny wniosek: lęk przed wypowiadaniem własnego zdania wbrew większości ma podłoże bardziej psychiczne niż realne. Taką postawę w naszym społeczeństwie zaszczepił komunizm i nigdy się jej nie pozbyliśmy. Aby więc sterować poglądami społecznymi, wystarczy wykreować większość. Nie musi być ona prawdziwa – może być wyobrażona. 

Bo większość Polaków jest przeciwna obniżaniu poziomu kształcenia, lecz jednocześnie jest przekonana, że większość społeczeństwa się tego domaga. W efekcie większość czuje się mniejszością i ulega woli mniejszości. 

Pozorną większość kreują media. One też wytwarzają wrażenie społecznego ostracyzmu wobec odmiennych poglądów. Z medialną większością nie można rozmawiać. Jest ona wykorzystywana do wywierania maksymalnej presji na społeczeństwo i formułowania żądania karania odmiennych poglądów. I ludzie temu ulegają. Tak było w okresie pandemii COVID-19, tak samo w związku z wojną na Ukrainie i tak jest też w przypadku dyskusji o edukacji. 

Mechanizm zaczyna się od mediów, ale później działa już samoczynnie jako klasyczna spirala milczenia. Do poglądów przypisywanych przez media większości przyznaje się wielu ludzi z czystego konformizmu. W jej imieniu zaczynają działać politycy zabiegający o głosy wyborców, a służby i urzędy postrzegają odmienne poglądy jako skrajne i zagrażające porządkowi. Dzieje się tak jednak tylko w sferze publicznej, gdyż prywatnie ludzie zachowują własne poglądy i na ich podstawie krytykują postawę większości. Krytykują tę większość, którą sami przez konformizm współtworzą. W ten sposób powstaje specyficzne uniwersum, w którym żyjemy. 

Czasami jednak przez tę mistyfikację można się przebić. Tak było podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, gdy miliony ludzi zobaczyły na własne oczy, że większość nie chce komunizmu. Podobnie teraz referendum w sprawie prezydenta Krakowa pokazało, że większość wcale nie musi popierać szaleństw klimatycznych. Oczywiście w tym przypadku skala jest dużo mniejsza i skutki nieznaczne. 

Takie momenty są jednak rzadkie. Zazwyczaj ludzie żyją w przekonaniu, że muszą ukrywać swoje poglądy przed większością. Dlatego właściwa walka polityczna w Polsce powinna polegać na ujawnianiu mistyfikacji i docieraniu do rzeczywistych nastrojów społecznych. 

Jest to jednak trudne. Dużo łatwiej i bezpieczniej jest poznawać polskie społeczeństwo z mediów.