II. Spotkanie w nieskończoności – pomiędzy [nie]doskonałościami

Muzycy mają szczególną przypadłość. Uwielbiają mówić o stylach.

Ten jest neoklasykiem. Tamten postromantykiem. Ów czerpie z sonoryzmu, ale tylko w późnym okresie, z domieszką spektralizmu i odrobiną minimalizmu. Jakby muzyka podróżowała z paszportem i meldowała się na granicy każdej epoki.

Życie jest pod tym względem znacznie mądrzejsze.

Kiedyś przeprowadzałem wywiad z wybitnym kompozytorem muzyki chóralnej, prof. Markiem Jasińskim. Profesor Marek Podhajski, który dał nam wcześniej wzorowy zestaw pytań, identyczny dla wszystkich studentów, wymagał takiej pracy na zakończenie i zaliczenie warsztatów, które dla nas w ramach specjalnych zajęć w AM w Gdańsku prowadził.

Kompozytor przeczytał kartkę i bardzo uprzejmie zaczął odpowiadać. Wszystko się zgadzało. Tylko rozmowy nie było. Schowałem więc kartkę. Zapytałem o ludzi. O koncerty. O przypadki. O chwile zwątpienia. Nagle przestałem rozmawiać z kompozytorem. Zacząłem rozmawiać z człowiekiem. Po kilku godzinach zrozumiałem, że dzieła sztuki nie rodzą się z odpowiedzi. Rodzą się z pytań, których nikt wcześniej nie zapisał.

Wiele lat później podobną lekcję otrzymałem… w sklepie sportowym w tyrolskim Sand in Taufers. Pamiętałem sprzedawczynię sprzed lat. Przywitałem się serdecznie.

– Przyszedłem zobaczyć, czy nadal…

– …są tu spodnie? – przerwała z zawodową rezerwą.

– Nie. Czy Pani nadal tutaj pracuje?

I nagle zniknęła cała surowość. Została zwyczajna radość człowieka, którego ktoś zapamiętał nie dlatego, co sprzedaje, ale kim jest. Pomyślałem wtedy, że kompozytorzy mają podobnie. Ich utwory bywają towarem. Oni sami nigdy.

Może właśnie dlatego Chopin nie improwizował po to, by olśniewać gotowymi miniaturami. Pokazywał drogę. Szukał. Czasem błądził. Czasem odnajdywał coś, czego wcześniej nie było. Publiczność słuchała nie tylko muzyki. Słuchała rodzącej się myśli.

Im jestem starszy, tym mniej wierzę w szczelne granice między stylami. Wpływy nie pytają o zgodę. Wędrują z pokolenia na pokolenie jak motywy w wielkiej symfonii. Jedni przyznają się do Chopina z dumą. Inni wolą mówić o własnej oryginalności. Muzyka i tak robi swoje.

Dźwięki nie czytają podręczników historii muzyki. Podobnie jak ludzie nie żyją według definicji.

Profesor Marek Podhajski, wybitny teoretyk muzyki i fizyk, powiedział mi kiedyś po wykładzie:

– Jest pan pierwszym, który zauważył niedoskonałości mojego systemu.

Odpowiedziałem:

– Doskonałość istnieje. Ale zawsze w jakimś układzie odniesienia.

Następnego dnia rozpoczął wykład od słów:

– To są założenia. Wnioski mogą być różne.

Pomyślałem wtedy, że prawdziwa wielkość uczonego i prawdziwa wielkość artysty mają wspólną cechę. Nie boją się zmienić punktu widzenia. Bo przecież cała muzyka jest nieustanną zmianą punktu słyszenia. Tak samo jak życie. Najpierw widzimy utwór. Potem kompozytora. A jeśli mamy szczęście… Spotykamy człowieka.

I dopiero wtedy naprawdę zaczyna się muzyka.