To dzień, w którym obudziłem się dość późno rano, bo wieczorem i w nocy 12 grudnia 1981 roku, długo dyskutowaliśmy o tym co się w Krakowie dzieje. Koledzy studenci z WSP Kraków wrócili z plakatowania miasta i przynieśli dość zatrważające, ale ogólne informacje. Ale, w sumie nie wiem tak naprawdę czego dotyczyły. Tylko tyle, że atmosfera była przygnębiająca. Spałem twardo, choć warunki nie były specjalnie sprzyjające. Podłoga, a właściwie beton z linoleum (pewnie niewielu wie co to było) na tym trzecim piętrze głównego budynku WSK Kraków, które już prawie 4 tygodnie w ramach strajku – najpierw solidarnościowego, a potem już autonomicznego, okupowaliśmy, była twarda. Ale zimno nie było, w przeciwieństwie do tego co zobaczyliśmy rano na zewnątrz. Przed budynkiem przejeżdżały wojskowe pojazdy opancerzone. Milicjantów, zomowców i ormowców nie widziałem. A przecież gdzieś się czaili. Zwłaszcza jeden.
Z telewizora płynęły komunikaty o dekrecie stanu wojennego i jak należy postępować. Strajkujący studenci różnie się zachowali. Niektórzy panikowali i wychodzili z uczelni. Inni jeszcze nawoływali do spokoju. Ja z Maćkiem Rosą i Adamem Gąsiorem zdecydowaliśmy się kontynuować strajk w Hucie im. Lenina. Z nami pojechało kilkudziesięciu studentów. Niewielu z nazwiska i imienia pamiętam. Ale była wśród nich córka Pana prof. Andrzeja Szyszko-Bohusza, tak, jak i on trochę – ale pozytywnie – zwariowana. Profesor też był w hucie i zawsze, co mnie trochę mierziło, zamiast „hunta”, mówił, tak jak się pisze „junta” Jaruzelskiego. Był też chłopak z wychowanie technicznego. Nawet nie pamiętam jak miał na imię, a to ważne, bo w pierwszą noc pobytu w Nowej Hucie razem patrolowaliśmy ogrodzenia kombinatu, na przełomie 13 i 14 grudnia, by nikt niczego do huty nie podrzucił, albo też nie próbował się przedostać do niej. Nie było nam do śmiechu. Było wyjątkowo zimno, a ilość meteorytów – dziwne – też była jakaś symbolicznie duża.
Jak zdecydowaliśmy się przedostać do Huty im. Lenina, to największą moją troską było zabezpieczyć rzeczy: ubrania, buty – całą walizkę jednego ze współstrajkujących z historii, który rano 12 grudnia udał się na przepustkę, a potem nie miał odwagi do strajkujących na uczelni wrócić, nawet po to by te ubrania zabrać do akademika. I dziś opowiada, że ten strajk to była tak przygoda. Ładna mi przygoda, gdy bał się pokazać rano 13 grudnia w budynku uczelni. Tę jego walizkę potem tachałem do akademika.
Gdy hutnicy zdecydowali się studentów usunąć z kombinatu, to jednak część została. Ja z Maćkiem Rosą i jeszcze dwiema koleżankami poszliśmy na pętlę tramwajową i potem pojechaliśmy na miasteczko studenckie. Przejeżdżaliśmy przed główną bramą kombinatu. Nie tyle strach, co takie przygnębienie wywoływały kordony wojska i milicji przed nią. My martwiliśmy się, by w tramwaju nikt nas nie kontrolował, bo w butach mieliśmy ulotki.
Chciałbym, by ci ludzie, którzy byli ze mną w hucie na strajku, coś o tym napisali. Może mieli inne doświadczenia. Zwłaszcza zależy mi na relacji Maćka Rosy i Adama Gąsiora. Do tego pierwszego, w czasie stanu wojennego, gdy jeszcze nie mielimy zajęć, pojechałem. Jego ojciec dyrektor szkoły, w okolicy Mszany Dolnej lub w pobliżu, przygotowywał się mentalnie na wojnę z Jaruzelem. Na szczęście do niej nie doszło. Z kolei Adam Gąsior to taki prawdziwy antykomunistyczny fighter, choć posturę miał mikrą.

Zostaw komentarz