Sytuacja jest taka, że w 2023 r. nastąpiło osłabienie koniunktury i spadek popytu na tworzywa sztuczne. Równocześnie durnowate europejskie regulacje klimatyczne powodują, że lokalna produkcja plastiku jest na granicy opłacalności a Europa jest zawalona surowcem importowanym z Azji i USA – i to pomimo luki, jaka wytworzyła się w wyniku sankcji nałożonych na Rosję, która dotąd eksportowała do krajów naszej części kontynentu znaczące ilości polietylenu ze swoich zakładów w Stawropolu.

Zarazem – szacunki popytowe są bardzo optymistyczne – rynek tworzy sztucznych w Unii Europejskiej zwiększy do 2030 r. ponad dwukrotnie. Zarazem – produkcja poliolefin jest najsensowniejszym sposobem zagospodarowania frakcji naftowej powstającej podczas destylacji ropy naftowej. Podczas produkcji paliw powstaje sporo nafty, na którą nie ma wielkiego popytu. Część jej jest przerabiana na paliwo lotnicze (kerozynę), ale i tak zostaje jej sporo. Najlepsze, co można z nią zrobić, to w urządzeniu o nazwie kraker parowy przetworzyć ją w proste węglowodory nienasycone, które są wartościowym surowcem chemicznym. Można np. produkować z nich plastik.

Znając te prognozy inwestycja w nowy kraker parowy (w Polsce mamy obecnie tylko jeden a w UE jest ich ponad 50!) jest bardzo sensowna. Jedyną tak naprawdę przeszkodą mogą być… unijne regulacje, ale to właśnie tu powinnien działać polski rząd. Inaczej Unia Europejska będzie uzależniona od importu poliolefin z rynków trzecich. Problem dotyczy zwłaszcza Polski i innych krajów naszego regionu, gdzie zużycie tworzyw jest wciąż znacznie niższe niż średnia europejska. Przetwarzanie ropy w kierunku innych produktów niż paliwa będzie też koniecznością po 2035 r. kiedy EU planuje już zacząć „wygaszanie” silników spalinowych w pojazdach – zwłaszcza w pojazdach benzynowych.

Zarzuty wobec Obajtka są zatem kompletnie dęte, lub opierają się na założeniach regulacyjnych, które są w istocie zabójcze dla europejskiego przemysłu petrochemicznego. Niech nam zatem kotoś powie otwarcie, czy za 10 lat mamy już rozbierać zakłady petrochemiczne i je przerobić na żyletki, czy też mają one jednak zostać i coś sensownego produkować.

Natomiast ten sensacyjny artykuł (czytaj tu) został napisany tak, że nic z niego nie wynika, poza opinią jakichś panów, która nie znalazła odzwierciedlenia w decyzjach spółki zatwierdzonych przecież przez radę nadzorczą. Wszystko wskazuje zatem, że mamy tu do czynienia z kolejną intrygą polityczną, która idzie w kierunku przedstawienia produkcji olefin jako czegoś w rodzaju kolejnej „Ostrołęki”. Skoro tak – to ja się pytam: tak – w przypadku Ostrołęki było dość jasne, że energetyka węglowa jest na spalonym, że projekt nie uzyska wsparcia w środkach unijnych itd. Ale tutaj? Co to znaczy, że produkcja będzie „nieopłacalna lub na granicy opłacalności”? Jakie okoliczności się tutaj zakłada, bo ja ich nie znam. I czym właściwie polska gospodarka ma się zajmować? Nie zostaniemy potentatem w produkcji półprzewodników. Ale mamy kompetencje i zdolności w zakresie produkcji chemicznej, która ma wysoki próg wejścia i wymaga integracji, którą Orlen sobie zapewnił wchodząc w ścisłą współpracę z Saudami. No co do jasnej cholery?

Znowu podejrzewam, że za całą aferą stoją nasi przyjaciele zza Odry, którym pojawienie się polskiego konkurenta w branży, na której mieli dotąd pozycję dominującą jest bardzo nie w smak.