Zawsze w weekend zastanawiam się, czym tym razem Donald Tusk będzie gmerał w nastrojach społecznych w nadchodzącym tygodniu. To już niemal rytuał polityczny: temat zastępczy, straszak, emocjonalny detonator. Tym razem na tapet wjechało pchanie Polski do wojny przez PiS. Słyszymy to z ust człowieka, który z antyamerykanizmu uczynił niemal ideową oś swojej koalicji.

Ile jeszcze można słuchać tej samej płyty? To już dwunasty rok, w którym PiS rzekomo wyprowadza Polskę z Unii. Kolejna kampania, w której prywatna armia Macierewicza ma terroryzować obywateli, a czołgi – oczywiście w ostatecznym akcie desperacji – mają wyjechać na ulice, by ratować władzę. Do tego obowiązkowy rozdział o Orbanie. „Wyborcza”, gazetka zakładowa oddziału psychiatrycznego, roztrząsa scenariusze stanu wojennego na Węgrzech – jakby w pierwszym czołgu na Budapeszt miał ruszyć Kaczyński.

Rudy wódz rządzi już dwa i pół roku i jedynym wyjaśnieniem fatalnych dla Polski skutków tych rządów ma być wciąż PiS, a ostatnio również Trump. Obaj – według tej narracji – chodzą przecież na pasku Putina. Wszystko da się wyjaśnić w prostym schemacie: niepowodzenia są cudze, zasługi własne, a rzeczywistość ma obowiązek dopasować się do opowieści.

Można z tego kpić, ale skala wiary w te konstrukcje jest momentami zdumiewająca. Nie ma chyba absurdu, w który sekta wyznawców demokracji walczącej nie byłaby gotowa uwierzyć, jeśli tylko zostanie opatrzony właściwym logotypem i odpowiednio wyemitowany w sprzyjających mediach.

Skoro wciąż istnieją ludzie domagający się przeliczania głosów, bo wierzą, że w państwie, w którym rząd ma do dyspozycji wszystkie duże media, policję, wojsko, służby i stabilne poparcie, partia prowadzona przez starszego człowieka bez konta w banku, smartfona i żyjącego z kotem mogła niezauważenie zorganizować tysiące osób i przekręcić wybory, to znaczy, że można im wmówić wszystko. Bo w gruncie rzeczy nie chodzi o fakty, tylko o emocję: żeby tamtym było gorzej, żeby nie wrócili do władzy i żeby ich jeb…ć.

To być może największy sukces sowieckich demiurgów od kształtowania człowieka sowieckiego – stworzenie mentalności, w której nie liczy się prawda, lecz potrzeba wroga. I dopóki ta potrzeba będzie silniejsza niż rzeczywistość, dopóty polityczny teatr strachu będzie miał wierną publiczność.