Świat, który znaliśmy, właśnie się kończy. Nie w deklaracjach polityków, nie w komunikatach prasowych, ale w realnych konfliktach – na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie. Wojna Rosji z Ukrainą trwa trzeci rok i pokazuje brutalną prawdę: państwo, które nie ma własnej produkcji uzbrojenia, własnej logistyki i własnej woli walki, jest skazane na rolę pionka w cudzej grze. Jednocześnie napięcie wokół Iranu wciąga kolejne państwa regionu w spiralę ryzyka, której skutków nikt dziś nie potrafi przewidzieć. Jeśli ktoś w Warszawie wciąż wierzy, że globalny porządek z lat 90. istnieje – powinien spojrzeć na mapę świata. Ona już wygląda inaczej.
Nie wierzę ani w Trumpa, ani w Mertza. Nie wierzę też w zbawczą rolę USA ani w strategiczną dojrzałość Unii Europejskiej. Wierzę w coś znacznie prostszego i znacznie trudniejszego zarazem: w konieczność budowania własnej sprawczości. Doświadczenie Ukrainy jest tu brutalnie jednoznaczne. Najważniejsze nie są deklaracje sojuszników, tylko własna zdolność produkcji uzbrojenia. Czy musi to być sprzęt najlepszy technologicznie na świecie? Nie. Musi być skuteczny i dostępny w odpowiedniej ilości. Wojny wygrywa się przemysłem, logistyką i wolą walki – nie prezentacjami PowerPoint w Brukseli.
Dlatego wierzę w nową strukturę bezpieczeństwa w naszym regionie. Nie w abstrakcyjne projekty armii europejskiej budowane przez dekady, lecz w realny blok państw od Helsinek po Ankarę. Międzymorze nie jest romantyczną fantazją historyków ani projektem nostalgicznych geopolityków. Jest odpowiedzią na rzeczywistość. Kraje wschodniej flanki NATO mają dziś jedno wspólne doświadczenie: wiedzą, że historia potrafi wrócić szybciej niż raporty think-tanków.
Przemysł zbrojeniowy tej części Europy mógłby stać się realną siłą – i to bez gigantycznych długów, które w praktyce mają odbudować przemysł ciężki Niemiec i Francji. Wystarczy spojrzeć na zdolności produkcyjne Polski, Turcji, Korei Południowej współpracującej z regionem, czy rosnące możliwości krajów bałtyckich i skandynawskich. Tu powstaje realny potencjał, nie papierowa strategia.
Jednocześnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie pokazują, że NATO nie jest monolitem. Przykład Hiszpanii czy Turcji przypomina, że interesy narodowe w tej organizacji potrafią się zderzać. Jeśli ktoś sądzi, że próba wciągnięcia irańskich Kurdów do wojny z Teheranem nie może doprowadzić do napięcia między USA a Turcją, nie rozumie, jak krucha bywa architektura sojuszy. W takich momentach liczy się przede wszystkim własna zdolność działania.
W tym kontekście szczególnie interesująco wygląda sytuacja Niemiec. Kraj, który przez dekady żył w strategicznym komforcie, jest dziś militarnie opóźniony o przynajmniej jedną dekadę. Nawet ogromne zastrzyki finansowe nie sprawią, że świat zatrzyma się i poczeka, aż Bundeswehra nadrobi zaległości. Jednocześnie niemiecka gospodarka wyraźnie hamuje, a utrzymanie wysokiego poziomu życia wyborców staje się coraz trudniejsze. Historia uczy, że w takich momentach niemieccy politycy potrafili szukać rozwiązań na wschodzie. Jeśli ktoś uważa, że to niemożliwe – warto przypomnieć sobie datę 17 września 1939 roku czyli realizację układu niemiecko sowieckiego. Różnica polega na tym, że dziś to Polska jest znacznie silniejsza niż wtedy.
Niestety polska klasa polityczna wciąż często zachowuje się tak, jakby Polska była brzydką panną na wydaniu, która desperacko szuka patrona. Raz w Waszyngtonie, raz w Berlinie, raz w Brukseli. Tymczasem świat wszedł w epokę, w której hegemon zajmuje się własnymi problemami, a Unia Europejska ledwo utrzymuje głowę nad powierzchnią wody. To moment, w którym chłopcy powinni wreszcie wyrosnąć z krótkich spodenek. Kapitan schodzi pod pokład – ktoś musi przejąć ster.
Paradoksalnie pewną szansę daje nam sama konstrukcja polskiego państwa. Konstytucyjny podział władzy, który tak często paraliżował politykę wewnętrzną, w polityce zagranicznej może stać się narzędziem gry. Polska może grać na dwóch fortepianach jednocześnie. Maestro Nawrocki mógłby prowadzić dialog z Amerykanami, a maestro Tusk z Niemcami i strukturami Unii. Klasyczny układ dobrego i złego policjanta. Nieprzewidywalność to w dyplomacji ogromna wartość – partnerzy muszą wtedy bardziej się otwierać, bo nie wiedzą, gdzie przebiega prawdziwa linia decyzji.
Problem w tym, że cała ta konstrukcja ma jeden poważny słaby punkt. Nazywa się Donald Tusk. Trudno uwierzyć w jego strategiczną determinację po latach spędzonych w Brukseli i po długiej liście niezrealizowanych obietnic, politycznych manewrów i PR-owskich spektakli. Zaufanie w polityce jest walutą – a tej waluty dziś w jego rękach jest niewiele.
Chyba że wydarzy się coś, czego polska polityka nie widziała od dawna. Chyba że Donald Tusk uzna, że ważniejsze od kolejnej kadencji w europejskich salonach jest miejsce w historii Polski. Obok ludzi, którzy potrafili w odpowiednim momencie zrozumieć, że świat się zmienił i trzeba zbudować nową architekturę bezpieczeństwa.
Bo jeśli Międzymorze ma powstać, jeśli Polska ma naprawdę przejąć ster w tej części Europy – potrzebni będą nie administratorzy rzeczywistości, lecz jej architekci.
Tusku, musisz.
Zostaw komentarz